LAURA
******
Wytężałam
wzrok, by w panującej ciemności dojrzeć cokolwiek, a w
szczególności interesował mnie los Andreasa, który
najprawdopodobniej postanowił wspiąć się na balkon, ryzykując
własne zdrowie. Byłam tak przerażona, a równocześnie
podekscytowana tym wyczynem, że nie przyszło mi do głowy pytanie
dlaczego nie mógł po prostu wejść drzwiami — byłoby może
mniej efektownie, ale na pewno bezpiecznie.
—
Laura! — usłyszałam, gdy
moje milczenie trwało zbyt długo. — Poszłaś sobie?
Wciąż
niewidoczny, ale jednak tam był — słyszałam jak stękał z
wysiłku w akompaniamencie skrzypienia... no właśnie, czego? Może
konstrukcja balkonu była naruszona wcześniej, a my o tym nie
wiedzieliśmy? Zaczęłam cofać się w stronę drzwi, nie odrywając
wzroku od barierki.
—
Jestem, jestem... — tylko
tyle zdołałam powiedzieć, gdy w ciemności rozległ się donośny
zgrzyt. Przycisnęłam zesztywniałe palce do ust, a moje pięty
dotknęły progu.
—
Cholera, chyba podarłem
kurtkę!
Zachichotałam,
nie mogąc się powstrzymać. Podejrzewałam już wcześniej, że pod
nieobecność trenera mogły dziać się różne szalone rzeczy, ale
czegoś takiego się nie spodziewałam.
Mogłam
odetchnąć, gdy mignęły mi w bladym świetle latarni jego jasne
włosy, a palce zacisnęły się na barierce. Podciągnął się
wyżej i po chwili jedną nogą stał już na bezpiecznym gruncie.
Był
okropnie rozczochrany, ale widocznie szczęśliwy, bo uśmiech, jaki
zdobił w tamtym momencie jego twarz był zaraźliwy, i to bardzo.
Kąciki ust uniosły mi się ku górze, choć jeszcze chwilę
wcześniej miałam zamiar okrzyczeć go za to, że tak wiele
ryzykował — to było drugie piętro, a nie wiadomo czy warstwa
śniegu zamortyzowałaby upadek.
—
Przestraszyłeś mnie —
westchnęłam, mimowolnie oblizując usta. — Nie spodziewałam
się... — chciałam dodać coś, co podkreśliłoby wrażenie,
jakie na mnie wywarł, ale nie zdążyłam, bo nagle wyraz jego
twarzy zmienił się diametralnie, więc urwałam w połowie zdania.
Zmarszczył
czoło, prostując się na całą swą imponującą wysokość i
doskonale widziałam, jak mocno zacisnął pięści.
—
Nie spodziewałaś się, że
przyjdę cię zobaczyć? — spytał złośliwie. — Może czekałaś
na kogoś innego, co? Może na Richarda? Przeszkodziłem wam w
czymś?
Patrzyłam
na niego wielkimi oczami, niczego nie rozumiejąc — co miał na
myśli? Ja, czekająca na Richarda? Nagle najbardziej romantyczny i
głupi wyczyn, jakiego doznałam w całym swoim życiu, przemienił
się w zwykłą szopkę. Andreas był nieobliczalny niczym wiosenna
burza — jego nastroje zmieniały się z każdą sekundą, od
radości po gniew.
Uniosłam
się honorem, a miałam do tego pełne prawo — mogłam wreszcie
pozwolić sobie na bycie krnąbrną i humorzastą dziewczyną. Zanim
zdążył poczynić mi więcej bzdurnych wymówek, cofnęłam się w
głąb pokoju, zatrzaskując mu drzwi przed nosem.
Oddychałam
szybko, jak po szaleńczym biegu, gdy gasiłam światło, usiłując
opanować wzburzenie. Ja i Richard? Znów to samo! Najpierw Sabine,
teraz Andreas! Czy ja nie mogłam mieć jednego dnia spokoju od
dramatów miłosnych wyssanych z palca?
—
Laura! — wydarł się głosem
przytłumionym przez szybę, a ja parsknęłam nerwowym śmiechem,
stąpając ostrożnie w ciemności. — Co ty wyczyniasz... wpuść
mnie natychmiast!
O
nie, Romeo — myślałam sobie, wpatrując się w prostokąt
wejścia. — Trafiłeś nie na tę Julię, co trzeba. Usiadłam na
łóżku, by powstrzymać się od zbędnych ruchów, które mógł
zauważyć przez lekko przezroczystą zasłonę. Doskonale widziałam
zarys jego sylwetki, gdy prawdopodobnie przyciskał nos do szyby,
bezskutecznie napierając na drzwi.
—
Nie wygłupiaj się, przecież
wiesz, że nie chciałem cię urazić, tylko... — jego głos stał
się na powrót spokojny, a każde słowo poprzedzał cichym
stukaniem w szybę. —... jestem taki skołowany. Nie wiem co mam
myśleć. Chciałbym... chciałbym ci tyle powiedzieć, ale... nie
mam pojęcia czy powinienem. Ty i Richard...
Tego
było zbyt wiele! Najpierw wspiął się do mnie po cholernym
balkonie, udowadniając, że nie wyobraziłam sobie tego, co było
między nami, a później chciał zniszczyć ten piękny moment
wypominaniem mi romansu z Richardem, o którym nie było mowy!
Zerwałam
się z miejsca, zamaszystym ruchem odsuwając na bok zasłonę —
wzdrygnął się lekko, z nosem tuż przy szybie. Obrzuciłam go
gniewnym spojrzeniem, mając nadzieję, że doskonale widział mnie w
świetle latarni.
Wyglądał
tak wspaniale w tej zimowej, nocnej scenerii — taki zmarznięty,
niepewny i... odrobinę wkurzony. Nigdy nawet nie wymyśliłabym
sobie piękniejszego scenariusza, w którym on dobijałby się do
moich drzwi prosząc, bym go wpuściła.
Nie
wiem co wstąpiło we mnie później — może dorosłam już na
tyle, by być świadomą własnej kobiecości i władzy, jaką dawała
ona nad mężczyznami, a może zupełnie się zapomniałam — gdy
rozmyślnie pociągnęłam za suwak bluzy, pozwalając mu to
zauważyć. Podniosłam wzrok, zagryzając wargę.
Patrzył,
nie bardzo jeszcze rozumiejąc co chodziło mi po głowie. Nasze
spojrzenia skrzyżowały się na chwilę, a kąciki moich ust
podjechały w górę. Oddychał powoli i głęboko, wypuszczając
obłoki pary w mroźne, nocne powietrze. Śledził uważnie każdy
ruch.
Bluza
Sabine zsunęła się po moich ramionach, które automatycznie
pokryły się gęsią skórką, nie wiadomo czy pod wpływem
temperatury, czy świadomości, że byłam obserwowana. Nie czekając
długo kopniakiem posłałam ją w głąb pomieszczenia, zabierając
się za bluzkę. Wolno i z rozmysłem opuściłam oba ramiączka w
dół.
Jego
mina była bezcenna i powinnam była uwiecznić ją jakoś dla
potomności. Nie spodziewał się po mnie czegoś takiego, to
wiedziałam na pewno. Mrugał, usiłując nie mrugać! Nie mogłam
poradzić zupełnie nic na rozpierające mnie uczucia, począwszy od
radości dziecka, które popełniło wyjątkowo udaną psotę,
kończąc na podekscytowaniu młodej kobiety własną mocą.
—
Otwórz te pieprzone drzwi,
albo przysięgam, że wybiję szybę... — powiedział spokojnie,
nie odrywając wzroku od moich nagich ramion, co było bardziej
satysfakcjonujące, niż gdyby krzyczał.
—
Nie, bo zaraz przyjdzie
Richard, a to na niego czekają te skarby — odparowałam, czując
wielką satysfakcję.
Nie
trwało to jednak zbyt długo — uśmiech zbladł na mojej twarzy,
gdy Andi odwrócił się na pięcie i już po chwili
zrozumiałam, że zamierzał zejść. Zawahałam się pomiędzy
chęcią ukarania go, a błagania, by jednak wrócił.
Zniknął w ciemnościach tak szybko, jak się pojawił. Miałam nadzieję, że wyląduje bezpiecznie na śniegu,
choć tchórzliwie nie zrobiłam zupełnie nic, by odciągnąć go od
tego głupiego pomysłu.
Czułam
zdezorientowanie — nie chciałam, by się wkurzył. Ja się tylko
bawiłam... to było śmieszne. Przecież doskonale wiedział, że
nie byłabym zdolna do kłamstw i oszustwa... a może jednak nie?
Chciałam go ukarać, tymczasem to on ukarał mnie. Który to już
raz?
Nie
tak to miało wyglądać i wstrząsnęła mną tęsknota, a wstyd
sprawił, że rzuciłam się w poszukiwaniu bluzy, by okryć własne
bezwstydne ciało. Ciemność spowodowała to, że potykałam się o własne
stopy, walcząc z chęcią wybuchnięcia płaczem. Nie — mówiłam
sobie. — Dorośnij wreszcie i przestań na wszystko reagować
łzami, bo to śmieszne!
Palcami
wymacałam kontakt na ścianie, jednak gdy tylko zdążyłam go
nacisnąć, moją uwagę przyciągnęły donośne kroki na korytarzu.
Prawie zachłysnęłam się powietrzem, przekręcając klucz w zamku.
Jak mu się udało dostać na piętro tak szybko?
—
Otwieraj, dość tej dziecinady
— odezwał się, a napięcie w jego głosie świadczyło o tym, że
powoli kończyła mu się już cierpliwość. — Chcę tylko
pogadać.
—
Zapewne o Richardzie? —
spytałam ironicznie, nie mogąc się powstrzymać. Wolałam nie
wyobrażać sobie jak bardzo był zdenerwowany, ale chciałam to
usłyszeć, chciałam to wiedzieć.
—
Nie wystawiaj na próbę mojej
cierpliwości, dziewczyno — podniósł głos, waląc w drzwi. —
Wyszedłem na ten balkon specjalnie dla ciebie, wróciłem na dół i
jestem w jednym kawałku. Teraz mnie wpuść.
Nie
wiem czemu miał służyć ten argument, a choć zaimponował mi
swoim zachowaniem, nie mogłam przecież oddać skóry tak łatwo.
Intuicja podpowiadała mi, bym była niedostępna, więc taką
usiłowałam grać.
—
Nie prosiłam cię o to, więc
idź już spać.
Zapanowała
cisza. Tłumiłam własny oddech, przyciskając policzek do chłodnego
drewna drzwi. Nic. Zupełnie żadnego hałasu, jakby Andreas także
nie oddychał, a może już sobie poszedł?
O
nie, nie... Tym razem już naprawdę go do siebie zniechęciłam,
byłam tego więcej, niż pewna. Zrezygnowana i niepewna, ponownie
przekręciłam klucz w zamku, uchylając drzwi. Wyjrzałam na
zewnątrz, a moim oczom ukazał się pusty i smętny korytarz.
Obróciłam
głowę w lewo i zobaczyłam, że był tuż obok, na
co zareagowałam odruchowo — nerwowym piskiem — i cofnęłam się
w głąb pokoju. Śmiał się głośno,
zapewne z mojej głupoty.
Wparował
do środka, obejmując mnie w pasie. Zaczęłam tłuc go pięściami
w ramiona, żeby mnie puścił, ale nie zwracał na to najmniejszej
uwagi. Kopniakiem zatrzasnął drzwi i popchnął mnie tak, że
upadłam na plecy w miękką czeluść materaca. Zerwałam się, ale
natychmiast się na mnie położył, unieruchamiając mi ręce nad
głową. Szarpałam się z nerwowym śmiechem, gdy kolanem rozdzielił
mi nogi, a jego usta ze zniecierpliwionym westchnieniem wpiły się w
moje wargi.
Chciałam
protestować przeciw takiemu bezczelnemu atakowi, ale faktem było,
że coraz bardziej mi się on podobał. Andreas oddychał szybko,
całując mnie zachłannie i ocierając się o mnie całym ciałem,
co powoli zmieniało mnie w coś na kształt czajnika pełnego wrzątku.
Świadomość
tego, że trzymał moje ręce w zaborczym uścisku, którego nie
mogłam przerwać, a także natężenie jego ruchów sprawiły, że
powoli traciłam świadomość. Miał nade mną władzę w postaci
własnej siły.
—
Czekasz na Richarda, co? —
spytał, muskając językiem moją szyję. — Pozwól, że odwrócę na chwilę twoją uwagę...
Wygięłam
się, by być jeszcze bliżej. Coś się ze mną działo — chciałam
czegoś, a nie potrafiłam tego nazwać. Nie wiem co to było... ale
czekałam na to, wijąc się pod nim i czerwieniejąc na twarzy.
Prosiłam
go w myślach, by nie przestawał. Mój oddech stał się bardzo
płytki, rwał się momentami, tak jak i jego. Dyszeliśmy głośno,
walcząc ze sobą.
—
Nie wiem... kto... to jest...
Richard, do cholery — wysapałam.
—
To właśnie chciałem usłyszeć
— szepnął, znacząc wilgotnym śladem skórę mojego ramienia. —
Mówiłem ci przecież, że dokończymy później to, co zaczęliśmy...
Musiałam
zacisnąć powieki, gdy poczułam jego język muskający obojczyk.
Uwolnił jedną dłoń, by dotykać moich piersi i właśnie wtedy,
gdy poczułam jego palce na wrażliwej skórze, nagle i zupełnie
niespodziewanie zacisnęły się wszystkie mięśnie w moim ciele.
Westchnęłam
głośno, całkowicie zaskoczona i odchyliłam głowę do tyłu,
mimowolnie wciskając ją głębiej w materac, bo szalejące we mnie
uczucia były zbyt silne. Zapomniałam o wszystkim, otwierając usta
i opadając z sił. Dopiero gęsia skórka, którą poczułam na
ramionach, wróciła mi świadomość, więc powoli otworzyłam oczy.
Patrzył
na mnie, jakby widział mnie po raz pierwszy w życiu, wciąż
trzymając moje nadgarstki w żelaznym uścisku. Oczy mu błyszczały
i nie wiedziałam, czy czuł odrazę, czy coś równie okropnego.
Zawstydziłam
się okropnie własnej reakcji, bo doprowadził mnie do takiego stanu
jedynie w kilka chwil, i to w jaki sposób... Co musiał sobie
pomyśleć? Frajerka! Zacofana kretynka... Powinnam była zapaść
się pod ziemię.
Chciałam
go natychmiast przeprosić i uciec, ale był zbyt ciężki, bym mogła
się ruszyć. Nie spuszczał ze mnie zdziwionego wzroku, a po chwili,
nie mrugając nawet, pogłaskał mnie po policzku z czułością i
powiedział coś, czego nie słyszałam jeszcze nigdy w życiu.
—
Kocham cię, Laura.
Te
słowa dotarły do mnie z opóźnieniem, siejąc potężne
spustoszenie w mojej głowie. Zwykłe litery układające się w
kwestię, która mogła sprawić, że życie nabierało sensu. Jak
mogłam być taka głupia, by tego nie zauważyć? Jego serca
bijącego równie szybko, co moje i jego ciała odpowiadającego na
każdy mój ruch. Jeśli to nie była miłość, to co nią było?
Powiedział, że mnie kocha...
—
Proszę cię, jeśli robisz
sobie ze mnie żarty... — mój głos drżał, bo wzruszenie
ściskało mi gardło. —... jeśli to kolejny zakład, albo... ja
tego nie przeżyję.
Tego
szalonego wieczora obnażyłam się przed nim całkowicie i widział
mnie taką, jaką byłam naprawdę — słabą i niedoświadczoną
sierotą, która nie miała o niczym zielonego pojęcia i próbowała
kierować się zwodniczym głosem własnego ciała.
—
Nie płacz — poprosił, gdy
mimo wszystko się popłakałam. — Nie płacz, gdy wreszcie ci to
powiedziałem.
Znów
zaczął mnie całować, tym razem spokojniej i pozwoliłam mu na to,
wciąż rozpamiętując jego słowa. Czy czułam się inaczej
wiedząc, że... mnie kochał? Jak to dziwnie brzmiało! Ktoś mnie
chciał... naprawdę, a w dodatku to on... Ten, bez którego chyba
nie umiałam żyć, odkąd po raz pierwszy spojrzałam w jego oczy
barwy zimowego błękitu.
—
Chcesz mnie? — spytałam
cicho, nie kryjąc się ze wstydem i niepewnością. — Tu i teraz?
Nie
umknęło mojej uwagi to, że drgnął lekko, a jego źrenice
rozszerzyły się, gdy spojrzał mi prosto w oczy, mówiąc
schrypniętym głosem:
—
Tak bardzo, że to aż boli.
Byłam
gotowa oddać mu wszystko, całą siebie, gdyby tylko chciał.
Postawiłam wszystko na jedną kartę, bo ciągłe czekanie na lepszy
moment i odpychanie go było bez sensu. Powiedział, że mnie
kocha... Byliśmy tylko we dwoje, pośród szalejącej zimy, gdzieś
w zapomnianej przez innych przestrzeni. Mogłam to zrobić...
wreszcie być najszczęśliwszą dziewczyną na świecie.
Drzwi
skrzypnęły nagle, więc nie zdążyliśmy zrobić kompletnie nic,
gdy Sabine stanęła w progu, gapiąc się na nas szeroko otwartymi
oczami.
—
Drogie dzieci — zawołała,
całkowicie rujnując ten najpiękniejszy moment mojego życia i
przyciskając dłoń do ust, by powstrzymać śmiech. — Powiedzcie
mi, proszę... wiecie, że do takich czynności dobrze jest ściągnąć
ubranie?