poniedziałek, 3 lutego 2014

Szesnasty



ANDREAS
**********

Tego szalonego dnia zdążyłem oddać trzy skoki, z których ani jeden nie był w pełni taki, na jaki było mnie stać. Powód był prosty i dobrze mi znany — zanim udałem się na skocznię, widziałem się z Laurą, a to wystarczyło, bym rozkojarzył się całkowicie, szczególnie dlatego, że pocałowała mnie pierwsza, zupełnie dobrowolnie.
Poszedłem na trybuny kierowany jakimś dziwnym przyciąganiem i miałem rację, bo rzeczywiście tam była. Obserwowałem ją, gdy robiła zdjęcia, a jej długie włosy targał wiatr — na ten widok się uśmiechnąłem, bo posłuchała mojej rady i nie zwijała swojego największego atutu w ten śmieszny warkocz.
Podkradałem się cicho, a ona wciąż nie wyczuła mojej obecności. Im bliżej byłem, tym bardziej się zachwycałem — Laura była taka piękna, gdy myślała, że jest sama. Przechylała głowę w bok, zastanawiając się nad czymś, a ja prawie wychodziłem z siebie, by dowiedzieć się, czy myślała wtedy o mnie.
Wyraz jej twarzy, gdy się odezwałem, był tak rozczulający, że nie mogłem się powstrzymać i parsknąłem śmiechem, siedząc tuż za jej plecami. Miała oczy jak dwa koraliki i odrobinę zaczerwieniony nos. Miałem ochotę oddać jej całe swoje ubranie, bo wyglądała na nieźle zmarzniętą — nie założyła czapki, bo chciała mi się spodobać? Miałem taką nadzieję, choć było to z jej strony całkowicie daremne — nie mogłem być już chyba bardziej w nią zapatrzony, czy to w ubraniu, czy... bez.
Zaczęła robić mi zdjęcia, na co zareagowałem wewnętrzną paniką, ponieważ nienawidziłem aparatów, kamer i tego całego cholerstwa — kojarzyły mi się z medialną nagonką i wiecznym towarzystwem ciekawskich oczu. Nie dałem jednak po sobie poznać, że onieśmielał mnie obiektyw, bo nie chciałem wyjść na kretyna. Podniosłem się nieznacznie, dając jej znak, że dość już tego pstrykania. Robiło się lodowato, a ona zaczynała przypominać ofiarę odmrożenia.
Opuściła dłonie, a jej oczy się rozszerzyły, gdy przysiadłem obok i nachyliłem się w jej stronę. Naprawdę mocno hamowałem pokusę rzucenia się na nią i całowania do utraty tchu... za to wyciągnąłem z kieszeni własną czapkę i włożyłem jej na głowę, by ostudzić swoje myśli.
Patrzyła na mnie zdziwiona, jakby nikt wcześniej nie okazywał jej zainteresowania... jakby nikt się o nią nie troszczył. Nie mogłem w to uwierzyć — wpatrując się w jej twarz widziałem ufność i dobroć, które warte były odwzajemnienia. Laura była najłagodniejszą i najwspanialszą istotą, jaką kiedykolwiek poznałem.
Niezbyt jednak łagodnie rzuciła się na mnie już kilka sekund później, gdy wciąż przebywałem pod silnym wpływem jej urody. Dotyk ciepłych warg na tym cholernym mrozie bardzo mnie zaskoczył, więc zareagowałem odruchowo, przyciągając ją bliżej. Po raz kolejny ogarnęło mnie to dziwne uczucie — jakby od środka rozsadzało mnie powietrze. Oddychałem głośno, gdy moje dłonie zaplątały się w jej włosach, muskając szyję. Zacisnąłem palce na jej gardle, a pod nimi czułem galopujący puls, który szybkością dorównywał mojemu. W tamtym momencie chciałem znaleźć się z nią w jakimś odludnym, bezpiecznym miejscu i spytać czy pragnęła mnie tak mocno, jak ja jej.
Odepchnęła mnie gwałtownie, gdy ścisnąłem ją zbyt mocno. Bałem się, że w jakiś sposób mogłem ją wystraszyć — wydawała mi się delikatna i płocha, jakby przerazić ją mogła moja natarczywość.
Wyglądała na otumanioną i przerażoną, jednak wyraz jej twarzy był tak komiczny, że nie mogłem powstrzymać się od żartów — bała się, że ktoś mógł nas widzieć. Jeśli tylko o to chodziło, to byłem spokojny... dałbym sobie radę z każdym, kto miałby jakiekolwiek zastrzeżenia do naszych uczuć.
Pocałowałem ją znów, choć protestowała. Jej piski i niedostępność jeszcze bardziej wzmagały moje pragnienie, chciałem z nią walczyć — gdyby poddała mi się od razu, nie byłoby całej frajdy płynącej ze zdobywania.
Dotykała spuchniętych warg, gdy odwróciłem się, by spojrzeć na nią po raz ostatni przed udaniem się na górę. Miała rozwiane włosy i rozmarzoną twarz... więc tylko siłą powstrzymałem się od powrotu. Musiałem ją kochać, nie było innej rady, ale miałem także obowiązki wobec mojej pierwszej miłości — potężnej, nieprzewidywalnej i majestatycznej skoczni.

*** 
Po treningu wróciłem w tamto miejsce z nadzieją, że Laura wciąż tam będzie — niestety, zawiodłem się, bo trybuny były całkowicie puste, a między metalową konstrukcją zaczynał hulać coraz silniejszy wiatr.
Wydawało mi się, że widziałem Richarda, gdy przyśpieszyłem kroku, by jak najszybciej pozbyć się sprzętu i dotrzeć do hotelu. Od jakiegoś czasu Rysiu dziwnie się wobec mnie zachowywał, jakby miał mi coś za złe, albo jakby był wyjątkowo urażony. Zbywał mnie półsłówkami, gdy pytałem co u niego i w ogóle wyglądał nieciekawie — po głębszym zastanowieniu mógłbym dojść do wniosku, że my wszyscy się ostatnio zmieniliśmy. Nie, może jednak nie wszyscy — Severin pozostał tak samo upierdliwy jak przedtem.
Musiałem przecierać oczy, bo padający śnieg moczył mi twarz, utrudniając patrzenie. Tak, to zdecydowanie Richard szedł przede mną — miał na sobie znajomą kurtkę. Obok niego dreptała postać dorównująca mu wzrostem i od razu ją rozpoznałem, bo tych włosów nie byłbym w stanie pomylić z żadnymi innymi, szczególnie, że na głowie miała moją czapkę.
Laura i Richard? Nie wiadomo czemu, ale świadomość tego, że szli razem dziwnie mnie zdenerwowała. Wiedziałem, że leciał na nią od samego początku — ile to nasłuchałem się przechwałek i obietnic, że będzie ją miał. Nie traktowałem tego całkiem poważnie, myśląc, że tylko się ze mnie nabijał. Zupełnie odruchowo zacisnąłem dłoń w pięść i zwolniłem kroku, by mnie nie zauważyli. Byłem ciekaw o czym rozmawiali, ale nie mogłem zbytnio się zbliżyć.
Zatrzymali się nagle, więc ja także przystanąłem, chowając się za masywnym słupem, na którym osadzona była halogenowa lampa. Nie słyszałem zupełnie nic, oprócz szumiącego wiatru, a agresywnie zacinający mokry śnieg smagał mnie po twarzy.
Wyglądali jakby się kłócili — widziałem, że Laura była wytrącona z równowagi, choć równie dobrze mogło mi się tylko wydawać. Co ten kretyn od niej chciał? Złość dosłownie rozsadzała mnie od środka, choć jeszcze chwilę wcześniej byłem w znakomitym humorze i czułem, że góry mogę przenosić.
Rozeszli się w przeciwnych kierunkach — on w stronę przechowalni nart, a ona w stronę hotelu. Zagryzłem wargę, by potrzymać się przed pobiegnięciem za nią i wypytaniem o wszystko. Nie dotykał jej, na całe szczęście!
Zrobiło się prawie całkiem ciemno, gdy wreszcie wyszedłem ze swojej kryjówki i ruszyłem do przodu, by podążyć za Richardem. Paliło mnie od wewnątrz jakieś potężne uczucie i przez długą chwilę nie chciałem go nazwać po imieniu, choć przecież doświadczałem tego wcześniej, szczególnie podczas ważnych zawodów. Tym razem zazdrość miała inną barwę i inny smak, bo chodziło nie o odbierane mi podium, a o dziewczynę.

 ***
 
Dopiero, gdy zamknęły się za mną drzwi wejściowe hotelu, poczułem jak bardzo było mi zimno — zostawiłem za sobą szalejącą śnieżycę, a ten widok nie zapowiadał miłej podróży powrotnej.
Nie martwiłem się jeszcze tym, że trener prawdopodobnie nie wrócił z oddalonego o ładne parę kilometrów miasta, gdzie załatwiał jakieś ciemne interesy z miejscowymi. Jego wyjazd owiany był tajemnicą, więc nie wnikaliśmy w te sprawy, by uniknąć ochrzanu. Tylko głupi nie domyśliłby się, że Schuster kombinował dla nas jakieś nowinki przed Igrzyskami. Było mi to obojętne, bo w tamtym momencie czułem się na siłach, by skakać nawet bez nart.
Wcześniej dopadłem Richarda w drewnianym domku, gdzie przechowywaliśmy mniej ważne sprzęty — pisał właśnie wiadomość, gdy wszedłem do środka i nie zwrócił na mnie uwagi.
Trąciłem go lekko, bo nie chciałem wszczynać bójki bez powodu. Podniósł wzrok i odłożył telefon na półkę, mierząc mnie uważnym, ale spokojnym spojrzeniem.
Widziałem cię z Laurą — stwierdziłem, na co uniósł brwi.
Mówisz mi to, bo... ?
O czym rozmawialiście? — spytałem, ignorując jego zdziwienie.
Mogłem doskonale widzieć, że myślał nad tym, co miał mi powiedzieć. Wiedziałem, że nie usłyszę całej prawdy i cholernie mnie to wkurzyło.
Upadła, więc pomogłem jej wstać i prosiła mnie, bym nikomu o tym nie wspominał, bo to wstyd, że potyka się o własne nogi — wyrecytował, nawet nie mrugając. — Szczególnie zależało jej na tym, byś nie dowiedział się ty.
Wciąż nie spuszczałem z niego wzroku, gdy schylił się po swoje rzeczy i nie mówiąc już nic więcej, wyszedł. Drzwi zatrzasnął mocniej, niż to było konieczne — z sufitu posypały się drobne wiórki drewna, które przylgnęły do mojej kurtki.
Wciąż analizowałem jego słowa, gdy dotarłem do pokoju. Wank siedział na podłodze, oparty o łóżko i... opróżniał zawartości mini-baru prosto z gwinta. Omiotłem go zdziwionym spojrzeniem, zrzucając przemoczone rzeczy na podłogę. Wyglądał na bardzo zmienionego — twarz miał dziwnie szarą i smutną, no i te oczy... Jak mogłem nie zauważyć, że działo się z nim coś złego?
Stary, co jest? — spytałem, siadając obok.
Pociągnął zdrowo z butelki, a ja wciągnąłem nosem kwaśny zapach mocnego wina — niesłychane, że pił akurat to, skoro na co dzień nienawidził czerwonych trunków.
Odwołali nam samolot, a Schuster wróci dopiero jutro na obiad — stwierdził obojętnym tonem i znów upił łyk.
Przetrawiłem te informacje dość szybko, bo już wcześniej się tego spodziewałem i natychmiast chwyciłem go za nadgarstek, odsuwając mu butelkę od ust.
Z tego powodu upijasz się samotnie tanim winolcem, tak? — parsknąłem, siłując się z jego mocnym uściskiem.
Szarpnął się, a krople alkoholu splamiły jasny dywan, szybko w niego wsiąkając. Był zły, a raczej... zrozpaczony. Coś musiało się wydarzyć, a ja nie miałem o tym zielonego pojęcia — wcześniej żartował na treningu i śmiał się, choć może trochę przesadnie. On grał przez ten cały czas, ja byłem myślami we własnym niebie i minęliśmy się pod skocznią bez słowa.
Powiesz mi co się dzieje? — nalegałem, choć jego mina świadczyła o tym, że miał ochotę pacnąć mnie jak upierdliwą muchę.
Trener nakrył mnie w nocy z Sabine.
Uniosłem brwi, bo nie takiego wyznania się spodziewałem. Nakrył ich? Co w tym wielkiego? Przecież dobrze wiedział co się wyprawiało w naszej kadrze — nie pierwszy raz widziałby Wanka z dziewczyną, a już w szczególności nie powinno mu przeszkadzać to, że chłop się zakochał. Widać to było po nim i słychać... Wielki problem.
Dopiero po chwili dotarło do mnie, że to jednak był wielki problem — dostaliśmy kategoryczny zakaz rozpraszania się przed docelową imprezą sezonu, a nawet całego czterolecia. Byłem tak zauroczony Laurą i naszą szybko postępującą znajomością, że kompletnie wyleciało mi to z głowy. Schuster musiał nieźle się wkurzyć, a że trafiło akurat na Wanka, to ucierpiała też Sabine.
Bardzo się zdenerwował?
Wanki podniósł na mnie rozproszony wzrok i parsknął ironicznie, po czym znów łyknął z prawie pustej butelki. — Chciał wywalić obie, ale mu się postawiłem.
Tym razem musiałem westchnąć zdziwiony, bo całkiem mnie zatkało — chciał zwolnić dziewczyny? Niesłychane! Starość musiała mu szkodzić, bo całkiem zgłupiał...
Nie wierzę — tylko tyle mogłem powiedzieć.
Zabrałem mu butelkę i sam upiłem łyka, by natychmiast się skrzywić, bo to cholerstwo było obrzydliwe. Przetrząsnąłem barek w poszukiwaniu czegoś normalnego, aż wreszcie wpadło mi w ręce jakieś regionalne piwo, którego nazwy nie znałem. Rzuciłem drugie Wankowi, pozbywając się butelki po winie — jeśli już chciał się upić, to mógł robić to z godnością i czymś zdecydowanie bardziej niemieckim.

LAURA
******
 
Wciąż jeszcze gniewałam się trochę na Sabine za to, co wcześniej powiedziała — usiadłam z dala od niej, na podłodze, podczas gdy ona rozłożyła się na łóżku z laptopem.
Musiała oglądać jakieś zdjęcia, nie było innej możliwości, bo wraz z mozolnym upływem kolejnych minut moich uszu docierały coraz donośniejsze odgłosy podciągania nosem. Zaciskałam zęby, walcząc ze sobą, by nie zerwać się i nie przytulić jej, albo nie zwymyślać za wszystkie czasy.
Odwracałam swoją uwagę myśleniem o... Richardzie. Czy to, co wypomniała mi Sabine było prawdą? Podobałam mu się? To wydawało się tak nieprawdopodobne, że aż potrząsałam głową — jak mogłam w ogóle myśleć, że on zwrócił na mnie uwagę w taki sposób...
Analizując jego zachowanie, nie zauważyłam żadnych oznak tego, że widział we mnie coś więcej, niż tylko zwykłą pracownicę ekipy, młodszą koleżankę. Mieli tyle pięknych fanek... a każda z nich gotowa na wszystko za kilka uśmiechów i zwrócenie uwagi.
Dlaczego ja? Co było we mnie takiego specjalnego, że miałby interesować się mną Richard, a w szczególności już... Andreas. Na jego wspomnienie napięły się wszystkie znane mi mięśnie w moim ciele, a na policzki wystąpiły gorące rumieńce — nie wiadomo czy wstydu, czy podniecenia.
Stęskniłam się za jego widokiem, pomimo tego, co usłyszałam. Nie chciałam wierzyć w te słowa, zarówno Richarda jak i szalonej fanki. Odsuwałam je od siebie, spychałam w same krańce umysłu, a mimo to one wciąż tam były, tylko czekając na moją najmniejszą wątpliwość, by zaatakować ze zdwojoną siłą.
Zawierucha szalała w najlepsze, świszcząc i zawodząc, więc podciągnęłam kolana pod brodę i objęłam je ramionami. Zaczęłam się kiwać, jak za starych, sierocych czasów, gdy spędzałam w ten sposób długie godziny, kołysząc się w przód i w tył, bez końca. Walczyłam ze łzami, które napływały mi do oczu — w połowie było to spowodowane cichym płaczem Sabine, a w połowie tęsknotą za bliskością Andiego.
Uzależniłam się od niego, i to w tak krótkim czasie! Moje ciało żądało wrażeń, których nie umiałam jeszcze nazwać, choć wiedziałam, że zapewnić je mógł tylko on. Umysł zaczął pracować na wysokich obrotach — wyobrażałam go sobie w różnych sytuacjach, mniej lub bardziej... ubranego. To było silniejsze ode mnie!
Nie mogłam się powstrzymać — wykorzystując wspomnienia, których dostarczyła mi jego bliskość, odtwarzałam smak i dotyk ust, zapach skóry i dźwięk głosu. Pod zaciśniętymi powiekami stanął przede mną Andreas, który uśmiechając się tym szczególnym sposobem, trochę przekornie i krzywo, trzymał mnie w ramionach, a jego wzrok był tak gorący jak tamtej pamiętnej nocy w klubie.
Oddech przyśpieszył, serce uderzało o żebra jakby w oczekiwaniu na jakieś wydarzenie, a ja gwałtownie otworzyłam oczy, wycierając spocone dłonie o nogawki dresów.
Zagryzłam dolną wargę prawie do krwi, a moja klatka piersiowa unosiła się i opadała bardzo szybko, powodując zadyszkę. Kątem oka spojrzałam na Sabine, by sprawdzić, czy coś zauważyła. Nie, nic nie widziała. Położyła się z ramieniem pod głową i obojętnym wzrokiem wpatrywała się w ścianę obok dużego balkonowego okna, które przysłonięte było brzydką zasłoną.
Miałam zamiar odezwać się i jako pierwsza wyciągnąć dłoń na zgodę, bo serce mi się krajało, gdy widziałam jej zbolałą minę i na nowo spuchnięte oczy. Nawet nie zauważyła, że biały szlafrok zawiązała niedbale, zupełnie inaczej niż zazwyczaj.
Już prawie otwierałam usta, gdy głuchy brzdęk sprawił, że obie podskoczyłyśmy — ja zerwałam się na równe nogi, a ona uklękła na materacu, podciągając poły szlafroka pod samą szyję.
Co to było? — spytała przerażona, wpatrując się dokładnie w to samo miejsce, co ja, czyli w okno.
Otwierałam i zamykałam usta, przebierając w miejscu nogami, bo nie miałam pojęcia co robić — czyżby nadchodziła epoka lodowcowa, a z nieba zaczynały spadać bryły lodu?
Zrobiłam krok w tamtą stronę, gdy hałas się powtórzył, tym razem jeszcze głośniej. Sabine zeskoczyła z łóżka i jednym, odważnym szarpnięciem odsłoniła szybę. Widok był niesamowity — jasnopomarańczowe światło latarni, które zalewało odcinek trawnika tuż pod naszym oknem, sprawiało, że wysokie zaspy tonęły w blasku, a śnieg skrzył się milionami malutkich iskierek. Wszystko było zasypane, nawet gałęzie drzew, które momentami uchylały się pod naporem wiatru, zdecydowanie słabszego, niż jeszcze godzinę wcześniej. Pomiędzy ciemnością nieba, a jasnością śniegu, w promieniach sztucznego światła stała wysoka postać, która właśnie brała zamach, by trzasnąć śniegową kulką o naszą szybę, aż ta zadrżała.
O mój... o mój... — jąkała się zachwycona Sabine, walcząc ze łzami. — To wariat. On jest szalony!
Wiedziałam już, że tej nocy nie spędzi płacząc w poduszkę, bo oto na zaśnieżonym hotelowym trawniku stał Wank. Nie umiał się bez niej obejść zbyt długo, przyznałam to z uśmiechem.
Zapukała w szybę, by zauważył jej obecność — tak też się stało. Upuścił gromadzony śnieg i zaczął machać, zapewne wydzierając się wniebogłosy, ale został stłumiony przez wiatr.
Po chwili wciągała na siebie kurtkę i moje śniegowce, by kilka sekund później uchylać już drzwi i wychodzić na balkon. Cofnęłam się zaskoczona, ale ona działała jak w transie i nic nie było w stanie jej powstrzymać.
Okrążyłam łóżko, drżąc pod wpływem mroźnych podmuchów, które wpadły do środka, zabielając podłogę i dywan świeżym, miękkim puchem. Słyszałam piski Sabine i okrzyki Wanka — musiał wspinać się po murze! Nie chciało mi się wierzyć, że ten prawie dwumetrowy, trudny facet był zdolny do czegoś tak romantycznego i... głupiego.
Nagle moja przyjaciółka powróciła do pokoju, ślizgając się na topniejącym śniegu. Podniosłam się, lecz ona już przemierzała pokój i kierowała się ku wyjściu, zostawiając balkon stojący otworem. Widocznie Wank nie zdołał wspiąć się na piętro.
Nie czekaj na mnie — rzuciła tylko rozradowana i już miała wyjść, lecz wróciła się i mocno mnie uściskała. Złożyła szybki pocałunek na moim czole i wyszeptała ze łzami w bardzo szczęśliwych oczach. — Kocham cię, pączuszku i życzę ci, żebyś kiedykolwiek była tak szczęśliwa, jak ja w tej chwili!
Tyle ją widziałam...
Zatrzasnęłam drzwi, szczękając zębami i wytarłam paskudną breję, która zabrudziła dywan. Zastanawiałam się czy dostaniemy za to jakąś naganę — po raz kolejny dosięgłaby nas nie z mojej winy.
Nie wiedziałam co ze sobą zrobić — było zbyt wcześnie na położenie się do łóżka i nie chciałam robić tego w samotności, na wypadek, gdybym jednak zasnęła. Wolałam mieć obok siebie Sabine, gdy budziłam się przerażona, po raz kolejny zamordowana we śnie.
  Zgasiłam światło i usiadłam na zwolnionym przez Sabine łóżku, otwierając laptopa — tak, jak się spodziewałam z ekranu spoglądała na mnie roześmiana twarz Wanka.
Zazdrościłam jej takiego obrotu spraw, i bardzo. W pustym pokoju, w ciemności mogłam przyznać, że byłam samotna, a Andreas widocznie nie tęsknił na tyle, by mnie odszukać w takim małym hotelu.
Może spotkał się z Petrą, gdziekolwiek mieszkała? Może właśnie spędzał czas z inną dziewczyną, lepszą ode mnie i bardziej dla niego odpowiednią? Co mogłam zrobić, oprócz kolejnego zatopienia się we wspomnieniach, które były najpiękniejszym, co posiadałam?
Tym razem było ciszej, niż jeszcze chwilę wcześniej, a jednak zerwałam się natychmiast, a całe moje ciało stanęło w płomieniach — wiedziałam, że przyjdzie! Nie wierzyłam, ale podświadomie byłam tego pewna.
Włożyłam na siebie pierwszą lepszą rzecz, była to bluza z kapturem Sabine, pachnąca jej perfumami. Nie zawracałam sobie głowy butami, wsunęłam stopy w pierwsze lepsze kapcie i już sekundę później to ja szarpałam się z zasłoną i klamką.
Jaki był mój zawód, gdy na zewnątrz ujrzałam jedynie biel trawnika i wydeptane przez Wanka ślady. To niemożliwe... — przemknęło mi przez myśl —... przecież słyszałam wyraźnie! Nie wymyśliłam sobie tego.
Oparłam dłonie na zimnej, metalowej poręczy i odsapnęłam głośno, zmieniając oddech w obłok białej pary. Kilka płatków śniegu osiadło mi na nosie i ustach, a ja po raz ostatni spojrzałam w dół, upewniając się, że nikogo tam nie było i odwróciłam się, by wrócić do środka.
Nie odchodź — upomniał mnie napięty z wysiłku głos, więc prawie pisnęłam z zaskoczenia. — Całkiem dobrze mi idzie, jeszcze tylko jakieś dwa metry i już jestem u ciebie.
To naprawdę był on! Tylko gdzie... ? Natychmiast wychyliłam się głębiej poza barierkę i wtedy ujrzałam ciemny kształt wspinający się w górę po obumarłych i zwiędniętych latoroślach, które zwisały smętnie z balkonu, aż na sam dół.
Słyszałam trzask pękających gałązek i ciche przekleństwa. Zrobiło mi się autentycznie słabo — co on wyprawiał? Czy to były jakieś żarty, czy kiepska podróba sceny balkonowej rodem z szeroko wszystkim znanego filmu?
Nie wiem co tak naprawdę mówiła Julia widząc, jak Romeo ryzykował życie, wspinając się po ścianie na jej balkon — nie byłam nią i nie mogłam postawić się w jej sytuacji, bo nie byliśmy w pieprzonej Weronie, a ja miałam akurat początki ataku paniki.
Otworzyłam usta, przykładając do nich zmarzniętą dłoń — co powiedziałaby Julia? Ahhh, Romeo... uważaj na siebie, bo widzę cię w takim cieniu i w ogóle... 
Nie, ja miałam do przekazania bardzo jasny komunikat, zwięzły i jednoznaczny, który w innych okolicznościach nigdy, przenigdy nie opuściłby mojego gardła:
Spadniesz i złamiesz sobie kark przed samymi igrzyskami, ty szalony idioto!