******
Poranek
był ciężki.
Nie z powodu pogody - lubiłam
taką śnieżną, pochmurną aurę, gdy powieki same się zamykają i
żal wyścibić choćby czubek nosa spod nagrzanej kołdry.
Zawierucha szalejąca za oknem miała w sobie coś przygnębiającego,
zapowiedź nadchodzącej nostalgii. Pasowała do smutku
przepełniającego moje ciało aż do kości. Pasowała do mnie.
Kiedyś, jeszcze w pierwszych
dniach pobytu u Sabine, wyobrażałam sobie, że oto wreszcie
nadeszła konkretna zmiana w moim życiu. Kompletna, odurzająca
radością i nagłym przypływem szczęścia zmiana. Znowu się
pomyliłam.
Owszem, zmieniło się, i to
wiele - nie musiałam już mieszkać w obskurnym, biednym ośrodku, z
którego i tak oddelegowano mnie na bruk. Tą część życia (czyli
jedyną, którą, jak na ironię, bardzo dobrze zapamiętałam)
wolałabym pominąć i nie zagłębiać się we wspomnienia. Obraz
sierocińca i dobrodusznych pań zajmujących się porzuconymi,
niczyimi dziećmi był w świadomości przeciętnych ludzi mocno
podkolorowany. Dreszcz przebiegał mnie na samą myśl o
odgłosie cienkiego, skórzanego paska opadającego z wielką
szybkością na dziecięce, delikatne ciało. Nie, tych wspomnień
zdecydowanie wolałabym się pozbyć...
Byłam wdzięczna, tak bardzo
wdzięczna Sabine, że tamtego jesiennego dnia znalazła się na
dachu budynku i odwróciła bieg mojego marnego żywota, który
niechybnie zbliżał się ku końcowi. Gdyby nie ona, byłabym
martwa.
- Laura, rusz łaskawie swój
pański tyłek, za pół godziny wyjeżdżamy! - donośny, piskliwy
głos dobiegający z parteru sprawił, że aż podskoczyłam, wyrwana
z rozmyślań, a skotłowana kołdra wylądowała na zimnej podłodze.
Czasami, w chwilach takich jak
ta, zmieniałam zdanie. Martwa to znaczy też i głucha, prawda?
***
Starałam
się, i to bardzo. Wyprostowałam nawet włosy, które po nocy
przybrały jakże uroczą formę bocianiego gniazda. Potraktowałam
je rozgrzaną do czerwoności prostownicą, aż spłynęły gładką
falą na plecy i przez chwilę przeczesywałam palcami, bo były
takie piękne - długie i jedwabiste. Później z wielkim żalem
zebrałam je w coś, co przypominało koński ogon i wybiegłam z
łazienki.
Sypialnia
sprawiała wrażenie przestronnego magazynu, w którym przechowuje
się ubrania, a nie pokoju przeznaczonego do... przynajmniej do
funkcjonowania. Całą podłogę pokrywały sterty koszulek, wąskich
spodni i skarpetek (nie wszystkie grzeszyły świeżością), a łóżko
wcale nie miało się lepiej.
Spojrzałam
na zegarek, jednocześnie pokrywając rzęsy czarnym tuszem. Cholera,
zostało mi pięć minut! Chwyciłam torebkę, podmalowałam drugie
oko (w przypływie nieobcego mi 'geniuszu' mogłabym o tym zapomnieć)
i szybko zbiegłam na dół, pozostawiając pokój samemu sobie.
-
Wrócę, to posprzątam - mruknęłam, usprawiedliwiając się przed
samą sobą i pokonując po dwa stopnie naraz. - Kiedy wrócę? Jak
wrócę, o!
***
- Możesz mi zdradzić -
spytała Sabine, lawirując między samochodami i pieszymi na
najbardziej ruchliwej ulicy miasta - dlaczego akurat dziś
postanowiłaś zastrajkować i obrazić się na kosmetyki?
Zmarszczyłam brwi, bardzo
gniewnie. Co do licha? Tkwiłyśmy w aucie już od kilkunastu minut,
a tylne siedzenie było w pełni załadowane drogim sprzętem i
torbami podróżnymi. Do Norwegii odlatywałyśmy dopiero po
południu, ale trener Schuster chciał nas widzieć wcześniej.
- Przecież się umalowałam,
tak jak kazałaś! - broniłam się, patrząc na nią, gdy o
mały włos nie potrąciła rowerzysty. Dobrze, że miał kask!
- Wodą? - parsknęła,
doskonale stylizując ten dźwięk na nagły atak kaszlu.
Zacisnęłam zęby. Znowu się
zaczynało to narodowe święto pastwienia się nad biedną,
niedorobioną Laurą, która nawet nie wie jak się malować, by dało
to jakikolwiek efekt. No cóż, właściwie, to chyba miała rację.
Uniosłam oczy w górę i nerwowo pomachałam dłońmi przed twarzą
- przypomniałam sobie przebieg ostatniej nocy. Wielki, niechciany
rumieniec wykwitł mi na policzkach. Nie chciał cię pocałować,
wcale nie!
- Nie przeginaj, bardzo cię o
to proszę - wymamrotałam, usiłując ukryć się przed jej bacznym
spojrzeniem.
Odrywała wzrok od jezdni i
szarpała moje ramię, próbując dojrzeć twarz.
- Ty się rumienisz! - pisnęła,
gdy udało jej się pokonać mój opór i na chwilkę odsłoniłam
spłonione policzki. - Wstydzisz się, kochanie?
Ton jej głosu uległ zmianie -
już nie była uprzejmie zainteresowana, a cholernie ciekawa i
wiedziałam, że za żadne skarby świata nie da mi spokoju, dopóki
nie dotrze do źródła mojego zawstydzenia.
- Nie, nie rumienię się. To
tylko twarz mi płonie! - głos mi się łamał, więc usiłowałam
przybrać jak najbardziej sarkastyczny sposób mówienia. Nic z tego.
- Pomyślmy. - Wiedziałam, że
mi nie odpuści. Po prostu wiedziałam. - Gdy zwiałaś jak wczesny
uczeń podstawówki, nikt cię nie szukał. Były po temu dwa powody
- chłopcy (uniosłam głowę, nagle zainteresowana miękkością w
jej głosie, gdy mówiła 'chłopcy') mnie powstrzymali. Chciałam za
tobą biec, wierz mi na słowo - ogłosiła z przesadną szczerością,
kładąc dłoń na sercu - ale powiedzieli, że tylko marudzisz i
zaraz wrócisz.
Gdy tak mówiła, to prawie
zaczynałam jej wierzyć. Niecierpliwie czekałam na dalszy ciąg.
- Nie miałam zamiaru
wracać - mruknęłam.
- I tak też uczyniłaś,
złociutka - stwierdziła. - Wanki (byłam bliska torsji słysząc tą
charakterystyczną nutę, gdy o nim wspomniała) zaprosił mnie do
samochodu, bo było dosyć zimno... no i... no i... - spojrzała na
mnie, jakbym naprawdę była jakimś przedszkolaczkiem, a ona
zastanawiałaby się jak zgrabnie nakreślić mi szaloną orgię.
- Wtedy bzykaliście sobie jak
te pszczółki - wypaliłam gniewnie, bo chciałam by przeskoczyła
dalej w swojej opowieści, a wcale nie byłam ciekawa co też
wyprawiali w samochodzie, całkiem sami, bo to było oczywiste.
Zmarszczyła nos w reakcji na
moje słowa.
- Gdybym cię nie znała, to
pomyślałabym, że wychowywałaś się w lesie - stwierdziła z
niesmakiem. - Pomijając twoją kompletną niewiedzę w dziedzinie
stosunków damsko-męskich, chciałabym powiedzieć, że wtedy miło
spędziliśmy czas, oddaliwszy się nieco od reszty...
Słuchałam jej tak, by nie
pominąć ani jednego słowa.
- Ale najpierw powiedziałaś
temu... to znaczy Andreasowi żeby pojechał mnie szukać -
wtrąciłam.
Pokiwała głową, lecz za
chwilę obróciła się do mnie gwałtownie, a samochodem szarpnęło
na ostrym zakręcie.
- Że co?!
Uspokoiłam walące serce - o
mało co nie wjechała do rowu! Kto tej kobiecie wystawił prawo
jazdy? Jej egzaminator musiał być chyba głuchy, ślepy i w dodatku
sparaliżowany...
- Kazałaś Andreasowi mnie
szukać, przecież tak właśnie było - powtórzyłam z naciskiem,
powoli i wyraźnie jak malutkiemu dziecku, a w tym samym momencie ona
zapiszczała - Pojechał po ciebie?!
Czegoś tu nie rozumiałam.
Skoro on powiedział, że to Sabine go zmusiła, a ona sama wydawała
się być całkowicie zdziwiona tym faktem, to musiało chyba
oznaczać, że...
- Oszalał!
Przyznałam jej rację w
myślach. Pokiwałam nawet głową, niedowierzająco. Jeszcze to do
mnie nie dotarło, ale już wiedziałam, że musiało być jakieś
racjonalne wytłumaczenie całego nieporozumienia, zupełnie inne niż
to, które nawiedziło mój skołowany umysł - obchodziłam go
jednak!
***
Nie
wyobrażałam sobie absolutnie nic, gdy wreszcie dotarłyśmy na
miejsce. Wyłączyłam ten głupi,
babski wewnętrzny głos, który pojawił się w mojej głowie
całkiem niedawno - wcześniej skupiałam się na rzeczach
poważniejszych niż chudzi, wysocy blondyni o niewinnych oczkach, a
diabelskim charakterze. Głównie na wypłakiwaniu sobie oczu i
planowaniu samobójstwa, ale kto wie co w tej sytuacji byłoby
lepsze.
Dosyć! Stop, Laura, hamuj.
Sabine przepuściła mnie w
drzwiach, a temperatura jaka panowała we wnętrzu budynku była o
jakieś trzydzieści pięć stopni wyższa niż na zewnątrz. Ostygłe
policzki znów zaczęły palić, i doskonale wiedziałam, że
napływające ciepło było winne tylko w połowie.
Gdzie on jest?
Powiodłam ciekawskim wzrokiem
po mijanych pomieszczeniach ale w żadnym go nie było. Przeszklone
drzwi różnych sal, w tym także treningowych, ukazały mi jedynie
rozciągających się, młodszych lub starszych, chłopców.
Westchnęłam cicho.
Ogarnij się, głupia!
Zrzuciłam ciężką kurtkę, a
spora ilość śniegu opadła z kaptura na podłogę - wyglądało to
tak, jakby ktoś wcześniej wepchnął mi tam kilka śnieżek.
Spiorunowałam wzrokiem dumnie wyprostowaną Sabine, która z
wdziękiem wieszała swój wełniany płaszczyk.
- Pomyślałam, że przyda ci
się nieco... ochłody - odparła, sugestywnie poruszając brwiami.
Nie skomentowałam tego.
Rzuciłam swoje okrycie niedbale na sam czubek metalowego stojaka i
zrezygnowana podreptałam za nią. Irytował mnie ten donośny
odgłos, który wydawały jej obcasy w kontakcie z posadzką.
Grrrr! Perfekcyjna pani...
aparatu!
Zanim zdążyłam zrozumieć co
stało się później, musiała minąć chwila.
Nagle zza ściany wypadł jakiś
duży, rozmazany kształt. To coś... biegło. Szybko biegło. To coś
okazało się... Wankiem! Sabine uśmiechnęła się czule, myśląc,
że galopuje tak, by porwać ją w ramiona, ale całkowicie zrzedła
jej mina, gdy ten olbrzym minął nas z piskiem godnym małej
dziewczynki i pognał dalej.
Spojrzałyśmy na siebie i po
ledwie kilku sekundach obok śmignął ktoś o mniejszych gabarytach,
a rozmazany kontur jego głowy był ciemny i mówił mi, że to...
- Richard? - zawołałam
zdziwiona, ale mogłam jedynie podziwiać jego plecy, gdy także nas
wyminął, drąc się przeraźliwie: - Powiedz jej, idioto! Powiedz!
Patrzyłam jeszcze przez
chwilę, całkowicie zdezorientowana w miejsce, w którym zniknęli
za ścianą, a później obróciłam się z powrotem i chciałam
powiedzieć coś do Sabine...
- Cholera! - gniewny głos
potoczył się po korytarzu, ale utonął w moim zaskoczonym pisku.
Uderzenie było tak mocne, że
bezwładnie poleciałam na plecy, czując na sobie ogromny ciężar.
Zanim zdążyłam rąbnąć potylicą o kamienną posadzkę, ktoś
wepchnął mi palce we włosy i podciągnął moją głowę lekko w
górę. Pod obojczykiem poczułam palący ból, jakby uderzono mnie
czymś twardym. Upadek wydusił z płuc całe powietrze, więc
gwałtownie chciałam je wciągnąć, ale faktem było, że nie
mogłam, bo... on na mnie leżał.
- Mój łeb! - zajęczał, a
brzmienie jego zbolałego głosu wibrowało mi gdzieś w okolicach
mostka.