wtorek, 1 kwietnia 2014

Dwudziesty piąty


LAURA
*******



Stało się coś, o czym nie wiem? — naciskała Sabine, schylając się nade mną już po raz dziesiąty i zadając mi to samo pytanie, a ja wciąż byłam w zbyt wielkim szoku, by odpowiedzieć.
Uderzyłam go... Podniosłam rękę na człowieka, którego kochałam całym sercem i zdzieliłam go w twarz, sprawiając mu ból — nie tyle fizyczny, co duchowy. Był przecież facetem, ucierpiał jego honor.
Nie dziwiłam się więc, gdy ujrzałam go w towarzystwie kolegów, którzy stali w pobliżu prowizorycznego baru, ochoczo z niego korzystając. Obejmowałam wzrokiem jego sylwetkę, patrzyłam czule i z pokorą. Chciałam, żeby mi wybaczył... Nie zwracał na mnie uwagi i trzymał się z dala także od Wanka, który wciąż dotrzymywał towarzystwa Sabine.
Usiadłam w tym samym fotelu, co wcześniej i z ulgą zauważyłam, że mój aparat nadal tam był. Sabine przysiadła na oparciu i wpatrywała się we mnie z uporem, a Wank stał przy jej boku. Zagapiłam się w tłum, ale nie widziałam nikogo — ludzie byli dla mnie jedynie rozmytą plamą barw i głosów.
Ogłuchłaś?
Podniosłam na nią zmęczony wzrok. Nie wiem co zobaczyła, ale widocznie dotarło do niej, że moja ignorancja miała swój powód. Chciałam coś powiedzieć, bardzo chciałam, ale słowa nie były w tamtym momencie moją mocną stroną. Bałam się, że głos mógłby mnie zawieść, a wtedy... no cóż, przyznałabym się do tego okropnego czynu, jakiego się dopuściłam.
Walniesz go ty, czy ja mam to zrobić? — usłyszałam poirytowany głos mojej przyjaciółki i tym razem nie kierowała pytania do mnie, lecz do Wanka.
Odzyskałam ostrość widzenia i szybko spojrzałam w stronę, w którą patrzyli i oni. Moj Boże, mogłam się tego spodziewać... Zdusiłam szloch, gdy Petra podeszła do grupki, w której był Andreas i przyłączyła się do dyskusji. Błyszczała między nimi niczym prawdziwy diament, a oni nie wyglądali na niezadowolonych czy speszonych... Co więcej, śmiali się głośno z jej słów, których ja nie mogłam dosłyszeć, bo całą moją uwagę przyciągał Andreas. 
Nie uśmiechał się, ale też i nie krzywił. Patrzył na nią obojętnie, choć miał to dziwne spojrzenie, którego tak nie lubiłam. Kołnierzyk rozluźnił mu się pod szyją, a zarumienione policzki wskazywały na to, że wypił już wystarczającą ilość tego, czego nie powinien.
Boli mnie głowa — zmyśliłam, nagle podnosząc się z miejsca i jak na zawołanie zachwiałam się, bo naprawdę straciłam równowagę.
Widziałam ich, gdy wychodzili. Wszyscy — koledzy, Petra, a za nimi także i Andreas. Potrzebowałam spokoju, samotności... Musiałam się jakoś ogarnąć.
Odprowadzę ją do pokoju i przypilnuję, żeby trafiła bezpiecznie do swojego łóżka — Sabine rzuciła Wankowi te słowa z naciskiem, jakby spodziewała się, że Andreas tylko czekał na okazję, żeby mnie zniewolić i wykorzystać. Jakże naiwna była... przecież on już dawno to zrobił, choć tylko z moim sercem.
Opiekowała się mną niczym matka, gdy ściągałam buty i kładłam się na posłaniu, nie przykrywając kołdrą. Było mi zbyt gorąco, trawiła mnie gorączka zazdrości, bo gdzieś tam Andreas był sobie, tak po prostu, beze mnie.
Zdrzemnij się — poleciła mi, wychodząc i gasząc światło.
Moja głowa została opanowana przez helikoptery — tysiące małych, brzęczących śmigieł obracało się pod czaszką sprawiając, że poczułam mdłości. Musiałam się podnieść, bo inaczej upokorzyłabym samą siebie, wymiotując na poduszki.
Zrobiło mi się bardzo smutno i całą duszę ogarnął żal — to była tęsknota za moim Andreasem. Wszystko poszło nie tak! Dlaczego byliśmy tacy głupi i porywczy? Nie znałam go od takiej strony, ale czy byłam od niego lepsza?
Szybko wsunęłam stopy w niewygodne szpilki i aż zacisnęłam zęby w reakcji na przeszywający ból — musiałam mieć potworne odciski, ale wolałam nie schylać się, by je obejrzeć. Lepiej nie drażnić żołądka, gdy protestuje. 
Porzuciłam buty i na bosaka wymknęłam się z pokoju, rozglądając się przy tym na boki. Sabine sobie poszła, i dobrze. Dość miałam matkowania i słuchania jej przestróg — czułam się dorosła w jakiś dziwny, pokrętny sposób.
Szłam powoli — nie sądziłam, że alkohol mógł tak bardzo wpłynąć na moją koordynację ruchową. Stopy stawiałam ostrożnie, podtrzymując się ściany i brnęłam naprzód, choć w ciemnym korytarzu nie było to łatwe.
Miałam mocne postanowienie i chciałam go dotrzymać — przeprosić Andreasa, przyznać się do winy i obiecać, że zapomnę mu to małe kłamstwo oraz to, że ignorował mnie przez resztę wieczoru, jakbym nic dla niego nie znaczyła.
Ściana pod moimi palcami była zimna i gładka, a moje piekące policzki domagały się, bym przyłożyła do niej twarz chociaż na chwilę. Ciało żądało natychmiastowej ulgi i ochłodzenia. Czułam włosy przyklejające mi się do szyi i czoła oraz małe kropelki potu nad górną wargą. Byłam rozgrzana jak piec!
Coś nie dawało mi spokoju — uczucie, które zmuszało mnie, bym szła dalej i odszukała Andreasa. Cała aż domagałam się jego obecności i nawet najmniejszego kontaktu. Albo nie... pragnęłam bliskości, i to całkowitej. To był ten czas i te okoliczności. Cichy głos w mojej głowie mówił, że najlepszym sposobem na odwrócenie jego uwagi od Petry będzie skupienie jej na czymś innym, a równie dla niego atrakcyjnym.
Zatrzymałam się przy dużym lustrze, które zdobiło całą długość jednej ze ścian. Przesunęłam wzrokiem po swojej sylwetce, niewyraźnej ze względu na panujące tam ciemności, ale dla mnie wystarczająco widocznej. Powiodłam dłonią po policzku, szyi, ramieniu... Przeszedł mnie dreszcz, jakby uczynił to on, a nie ja sama. Przymknęłam powieki, wyobrażając sobie, że stał za mną, pieszcząc i przyciągając do siebie, by mi pokazać jak bardzo mnie chciał...
Gęsia skórka obsypała moje przedramiona i natychmiast wyrwałam się z objęć wizji, ruszając przed siebie, by jak najszybciej ją zrealizować. Andi... oj Andi, gdzie jesteś? Dlaczego zostawiłeś mnie samą? Przecież ja bez ciebie jestem niczym... ot, zwykłym wątłym ciałem puszczonym w ruch i błąkającym się między innymi bez celu. Andreasie! 
Gdzieś w głębi korytarza odezwał się jakiś stłumiony głos, a może tak mi się tylko wydawało. Przestrzeń wirowała mi przed oczami, wnętrzności palił ogień tak potężny, że miałam wrażenie jakby moje ciało świeciło na czerwono, pulsując miarowo w rytm szybko bijącego serca.  
Ruszyłam w tamtym kierunku i gdybym wtedy wiedziała... Mój Boże, gdybym tylko wiedziała... ominęłabym drzwi, których otwarcie miało zrzucić zasłonę bezpieczeństwa z moich ślepo oddanych oczu...
Widziałam je bardzo dokładnie, a w miarę tego,  jak się zbliżałam, zaczęłam też rozróżniać głosy i wiedziałam, że Andreas był w tym pomieszczeniu. Słyszałam jak mówił do kogoś, unosząc się złością... 
Nie słyszał, jak zaskrzypiała naciśnięta przeze mnie klamka... nie mógł... co innego zajmowało wówczas jego myśli. Podniosłam wzrok, czując się jak intruz i podążyłam spojrzeniem za wylewającym się ze środka światłem. Nie wierzyłam własnym oczom, a umysł — w reakcji na tak wielki szok — utwierdził mnie w przekonaniu, że tak naprawdę, to wcale mnie tam nie było i nie patrzyłam właśnie na Andreasa... z Petrą.
Mogłam tylko otworzyć usta i w ciszy przyglądać się ich walce... bo tak właśnie było. Jego mina była cierpiąca, nigdy go jeszcze takim nie widziałam. Zaciskał zęby, a żyły na jego szyi nabrzmiały i stały się widoczne. Patrzył jej prosto w oczy... z wyrzutem? Skargą? Prośbą?
Nie to jednak było najgorsze — moje serce rozpadło się na kawałki, gdy zdałam sobie sprawę, że dotykała go w sposób, w jaki ja chciałam, ale brakowało mi odwagi.
Być może powinnam była zrobić coś, by jej przerwać... Krzyknąć, trzasnąć drzwiami, zemdleć... Uczynić ruch, który dałby im znak, że nie byli sami. Zawiadomić o moich biednych oczach, co przez mgłę gromadzących się odruchowo łez obserwowały, jak jej wypielęgnowana dłoń sunęła w górę jego uda, by w akompaniamencie głośnych oddechów dotrzeć tam, gdzie moja nigdy nie dotarła.
Nogi poniosły mnie same. Chyba nawet niewiele myślałam, gdy wycofując się wgłąb korytarza, zostawiłam ich, wciąż nieświadomych, że ta potajemna schadzka stała się także i moim udziałem.
To był szok, wielki szok i nic dziwnego, że udałam się tam, gdzie nie powinnam, biorąc pod uwagę okoliczności i mój stan. Wciąż jeszcze byłam wstawiona, nie myślałam więc logicznie. Napędzana wielkim żalem i poczuciem pustki dotarłam wreszcie do pokoju Richarda, akurat w momencie, gdy on sam pojawił się przy drzwiach. 
Spojrzał na mnie z zaskoczeniem, ale i uśmiechnął się delikatnie, opierając dłoń na klamce. Widziałam w jego oczach to samo lekkie zamroczenie, które on musiał widzieć i w moich — oboje wypiliśmy tego wieczora zbyt wiele alkoholu.
Laura, co ty... — odezwał się, ale nie dałam mu dokończyć.
Czy byłam bardziej głupia, czy może zdesperowana w momencie, gdy wspięłam się odrobinę na palcach, zarzucając mu ręce na ramiona i wpijając w jego usta z głośnym, teatralnym westchnieniem?
Spiął się cały w reakcji na tak niespodziewany gest z mojej strony i na początku nawet nie odwzajemnił pocałunku, tylko stał biernie, oddychając szybko. Zastanawiał się nad tym, co właśnie miało miejsce? Pocałowała go dziewczyna kolegi z reprezentacji... To chyba źle — musiał sobie myśleć. — Nie powinno mi się to podobać. Nie mogę pozwolić jej na więcej. 
Niestety... to, co złe, kusi nas najbardziej. 


 
***

 
Nie wiem kto pierwszy wyszedł z inicjatywą wejścia do pokoju, ale już po chwili całowaliśmy się jak szaleni, zmierzając w kierunku ciemnego wnętrza. Słyszałam jak głośno trzasnęły drzwi — panował tam chłód i lekki przeciąg, więc zapewne okno nie zostało dobrze zamknięte. Moją skórę przeszywały ciarki i nie wiedziałam czy było to spowodowane tym, co robiłam, czy właśnie chłodem.
Chciałam ukarać Andreasa... Byłam egoistyczną suką, dobrze o tym wiedziałam, nawet w tamtym momencie. Po prostu kierowały mną emocje! Tego było już za wiele — moje życie było jakimś pokręconym pasmem nierealnych sytuacji i zdarzeń. Dopiero co uwolniłam się na chwilę od demonów przeszłości w postaci snów o mordującym mnie ojcu, którego nawet nie miałam prawa dobrze pamiętać, a już pojawiły się nowe — niebieskookie, co prześladowały mnie swoją miłością... najprawdopodobniej całkowicie skończoną.
Poczułam jak moje plecy zapadły się w materac i po chwili Richard położył się tuż obok, nie przerywając kontaktu naszych ust. Zaciskałam powieki, próbując oddalić od siebie głos rozsądku, który jęczał i zawodził, uwięziony za kratami umysłu zniewolonego chęcią zemsty i ulżenia własnej zranionej dumie.
Wiedziałam, że moje postępowanie było karygodne i zupełnie do mnie niepodobne... Oto co się ze mną stało! Oto co zrobiła ze mnie miłość! Nie byłam lepsza od zwykłej ulicznicy, która sprzedaje własne ciało za pieniądze — ja miałam zamiar zrobić tak jedynie po to, by poczuć ulgę. 
Nie tylko ty jesteś zdolny do takich czynów, Andreasie...
Pozwoliłam Richardowi na wszystko, co tylko chciał, a gdy nasze otumanione resztkami alkoholu i tłumionymi żądzami ciała podążyły w stronę nieuniknionego finału, nie sprzeciwiłam się.
Chciałam się oddać Andreasowi odkąd go tylko poznałam. Taka już kobieca natura, nie ma co ukrywać. Marzyłam o romantycznych chwilach i o tym, że będzie dla mnie delikatny i czuły. Szkoda, że on wolał szukać przyjemności gdzie indziej...
Jesteś... jesteś pewna? — wyjąkał podniecony Richard, opierając się na przedramionach. — Chcesz tego?
Spojrzałam na niego, a wtedy dotarło do mnie, że to właśnie się działo i za chwilę nie mogło być już odwrotu. Szalał we mnie huragan emocji i żadnej z nich nie mogłam nazwać, bo było ich zbyt wiele naraz. Pragnienie zemsty było tak wielkie, że skinęłam głową, przyciągając go bliżej, choć moja wewnętrzna bliźniaczka załamywała dłonie nade mną i moim dalszym losem.
Bolało, ale zagryzłam zęby. Nie tak to miało wyglądać... Nie tak to sobie wyobrażałam podczas bezsennych nocy, gdy marzyłam o Andreasie. Odwróciłam głowę w bok, wyłączając się całkowicie. Richard nawet nie zauważył tej drętwoty i bierności, zbyt zajęty był moim ciałem. 
Pojedyncza słona łza spłynęła po moim policzku, muskając kącik ust i znikając we włosach tak szybko, jak w jednym momencie wyparowała ze mnie cała niewinność...  
Miałeś być pierwszy i jedyny, ale nie będziesz...

ANDREAS
*******

W którym momencie się opamiętałem? Nie wiem, za cholerę nie miałem pojęcia co mną kierowało, gdy popędziłem korytarzem przed siebie, zostawiając Laurę samą, choć tak rozpaczliwie za mną wołała.
Piekł mnie policzek, tak samo urażona godność, ale nie był to ból na tyle silny, bym miał prawo czuć się wyjątkowo zraniony. Ale tak właśnie się stało... Spoliczkowała mnie. Podniosła na mnie rękę, a ja tylko jakimś głęboko skrywanym pokładem samokontroli powstrzymałem się od uderzenia jej z siłą, która na pewno zostawiłaby ślady na jej delikatnej skórze.
Co się z nami stało? Co się stało ze mną? Nie byłem brutalem, wcześniej nawet muchy bym nie skrzywdził, ale to, co ostatnio działo się w moim życiu, obudziło we mnie coś podobnego do dzikiego zwierzęcia. Miałem ochotę zdać się na instynkty, które powoli brały we mnie górę.
Wróciłem na bankiet, wcześniej chłodząc rozgrzaną skórę pod strumieniem lodowatej wody. Potrzebowałem otrzeźwienia, bym mógł logicznie myśleć, choć wcale tego nie chciałem. Kierowała mną zraniona męska duma i pragnąłem zrobić Laurze na złość...
Nie wiem kiedy pojawiła się na sali, ale w momencie, gdy ją zauważyłem, miałem już porządnie nagrzane pod sufitem, i to nie po raz pierwszy tego wieczora. Ignorowałem ją, choć doskonale widziałem, że wypatrywała za mną oczy, a ich błagalny wyraz powodował bolesne skurcze mojego serca.
Odciąłem się całkowicie od niej, Sabine i nawet Wanka. Usiłowałem traktować ich jak wrogów, wspólników spisku, który zawiązali przeciwko mnie z powodu Petry, choć to była kompletna bzdura. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to wszystko było tylko i wyłącznie moją winą...
Nie wiem jak to się stało, ale chyba urwał mi się film. Byłem przytomny, choć nie myślałem wcale. Świadomość powróciła mi dopiero, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że znajdowałem się w bliżej nieznanym pokoju... z kobietą. Nie była Laurą, co przyjąłem z niemałym smutkiem, bo wcześniej miałem nadzieję, że ona pierwsza wyciągnie dłoń na zgodę.
Gdy dotarło do mnie, że obmacujące mnie ręce należą do Petry, szarpnąłem się gwałtownie, ale ona nie należała do słabowitych kobiet — miała siłę, by zatrzymać mnie w miejscu i spojrzeć mi prosto w oczy.
Gdzie twoja dziewczynka? — spytała ironicznie, podkreślając ostatnie słowo niczym obelgę, jakby nie mogła wreszcie zaakceptować faktu, że byłem z Laurą na poważnie.
Całe szczęście, z dala od ciebie — prychnąłem, znów napierając na nią, by się uwolnić. — Chcę wyjść.
Nic z tego. Osaczyła mnie i ściskała jak jakaś ośmiornica. Nie wiedziałem do czego ta cała sytuacja miała prowadzić, ale na pewno nie miałem zamiaru dać jej tego, co chciała! Byłem zły i podrażniony zajściem z Laurą, choć nie na tyle, żeby dać się wciągnąć drugi raz do tej samej rzeki...
Nie, wcale nie chcesz wyjść. Tylko sam siebie okłamujesz. Dała ci kosza, co? — jej słowa smagały mnie niczym bicz. — Zasłużyłeś sobie. Nieładnie to uwodzić taką płotkę, a marzyć o prawdziwie królewskim łososiu.
Ta kobieta zwariowała! Jeszcze te rybne porównania... Byłem ciekaw co brała i który z naszych chłopaków udostępnił jej jakieś prochy. Lubiła takie atrakcje... sam kiedyś spróbowałem trochę pod jej wpływem i szybko wyrzuciłem tamte chwile ze świadomości, nieodmiennie wstydząc się własnej słabości.
Jesteś nienormalna i brzydzę się, gdy mnie dotykasz, więc lepiej poszukaj sobie innego obiektu na tę noc i resztę parszywego życia — to mówiąc, znów spróbowałem ją odepchnąć i prawie mi się udało, choć dosłownie się do mnie przyczepiła.
Znieruchomiałem, gdy naparła mocniej, podrażniając moje i tak napięte nerwy. Pragnąłem Laury nieustannie już od wielu dni, nie znajdując ukojenia, więc każdy najmniejszy dotyk doprowadzał mnie do szału.
Wiedziałam, że to cię przekona — wymruczała mi do ucha, wbijając paznokcie w wewnętrzną część mojego uda. — Młodzi lubią takie podchody, prawda?
Musiałem zacisnąć zęby i zaprzeć się o coś, bo nagle moja silna wola zaczęła słabnąć, a obraz twarzy Laury, który zawsze przywoływałem przed oczy, bladł z każdą sekundą i centymetrem pokonywanym przez sprawne palce tej cholernej kobiety!
Wydawało mi się, że poczułem czyjąś obecność i wzrok, ale nie miałem w tamtym momencie wystarczającej podzielności uwagi, więc zignorowałem to przeczucie. Patrzyłem w te znienawidzone oczy i dawałem jej do zrozumienia, że moja cierpliwość się wyczerpywała. Groziła jej krzywda...
Powinna była się wycofać i dać mi spokój, bo nie byłem już tym samym chłopakiem, co rok wcześniej. Nie mogła mnie zaprogramować tak, jak chciała. Należałem do innej i to tamtej chciałem się podporządkować już na zawsze.
Odepchnąłem ją od siebie, gdy tylko poczułem jak zacisnęła dłoń na moim rozporku. Tego było za wiele, nawet dla kogoś tak nawalonego i zdesperowanego, jak ja. Nie chciałem jej, nieważne jak bardzo chętna by była...
Zostaw mnie w spokoju! — ryknąłem i jak najszybciej wybiegłem na korytarz, nie dając jej możliwości posiadania ostatniego słowa.
Mijałem poszczególne drzwi i wszystkie wyglądały dla mnie tak samo. Błąkałem się po korytarzu, nie wiedząc co ze sobą począć — z jednej strony chciałem odszukać Laurę, paść przed nią na kolana i błagać, by mnie przyjęła, zapominając o wszystkim moich błędach, a z drugiej miałem ochotę wsiąść do samochodu i pędzić autostradą z zawrotną prędkością, krzycząc głośno i manifestując swoją złość.
Otrzeźwiałem już zupełnie, więc wracał też zdrowy rozsądek i normalne myślenie. Ruszyłem w poszukiwaniu mojej dziewczyny, choć jakiś dziwny ucisk w brzuchu dawał mi znak, że jednak mogło być już za późno i Laura poszła spać.
Chrzanię to — mruknąłem sam do siebie, wchodząc po raz kolejny na salę bankietową.
Sabine zauważyłem od razu, a wiadomo, że tuż przy niej musiał się kręcić Wank. Brakowało trzeciego elementu, który wcześniej przy nich tkwił. Podnieśli głowy, gdy się zbliżyłem. Nie mieli dla mnie uśmiechu, ani nawet słów przywitania.
Gdzie Laura? — spytałem, wbijając wzrok w oczy Sabine, żeby nie umknęło mi żadne kłamstwo.
Wzruszyła ramionami, unosząc brwi.
Teraz dopiero przypomniałeś sobie o jej istnieniu? Gdzie byłeś wcześniej, ty książę od siedmiu boleści? — naskoczyła na mnie, a Wank tylko jej przytaknął.
Mieliśmy małą sprzeczkę — bąknąłem, szukając dla siebie usprawiedliwienia. — Przecież była z wami...
Tak! Ale teraz jej nie ma, bo nie mogła już patrzeć na twoją ignorancję i odprowadziłam ją do łóżka. Jesteś skończonym idiotą i bardzo się na tobie zawiodłam, Andreasie. Przecież wiesz, że Laura jest inna... Ja wiem, że tobie zdradziła o wiele więcej, niż mi. Miałeś ją szanować tak, jak obiecałeś!
Nie znalazłem wystarczających słów, by jej odpowiedzieć, więc tylko spojrzałem błagalnie, czując się jak kompletny drań. Miała rację... Laura była inna. Tak skrzywdzona przez los, a ja nie zrobiłem nic, by ją wesprzeć. Nic!
Chyba słyszałem głos Wanka, ale nie zwolniłem kroku i tym razem porzuciłem bankiet już ostatecznie, udając się do pokoju. Nie miałem odwagi budzić Laury, nie chciałem kalać jej ciała moimi brudnymi łapskami. Postanowiłem, że przeproszę ją z samego rana, jak już się wyśpi.
Jakie było moje zdziwienie, gdy otwierając drzwi, zauważyłem włączone światło. Podniosłem wzrok, a wtedy moim oczom ukazał się widok, który miałem zapamiętać do końca życia — Laura siedziała na moim łóżku, bosa i w bardzo wymiętej sukience. Pod oczami rozmazał jej się tusz i była blada jak śmierć!
Przepraszam — zawyła jak zranione zwierzę i rozpłakała się, wstając na równe nogi. — Zabij mnie, albo sama to zrobię!
Nie wiedziałem na co patrzę... Opuszczałem i podnosiłem wzrok, próbując znaleźć w jej twarzy jakieś wytłumaczenie, odpowiedz na to, dlaczego... miała uda całe we krwi.
Co... co... — powtarzałem tylko, zbliżając się wolno i obserwując ją z przerażeniem. To niemożliwe, żeby ktoś zrobił jej krzywdę... nie, nawet nie mogłem o czymś takim myśleć. Zgniótłbym faceta gołymi rękami!
Spała sobie, miała zły sen, a ta krew to pewnie... Oby tak było. Obym nie musiał pozbawiać kogoś życia i iść za kratki w tak młodym wieku. Oby...
Ja nie chciałam... byłam pijana, taka pijana... Wybacz mi!
Nie rozumiałem niczego. Chwyciłem ją w ramiona i czułem jak drżała. Krztusiła się łzami, wczepiając palce w moją koszulę, jakbym był jedynym stałym punktem w całym pomieszczeniu. Jej żal był tak wymowny, że prawie doprowadziła mnie tym do płaczu — wiedziałem już, że stało się coś strasznego.
Błagam, nie mów mi, że ktoś cię skrzywdził — te słowa ledwo przeszły mi przez gardło, bo oczami wyobraźni zabijałem już bezimiennego mężczyznę na milion różnych sposobów.
Moja Laura, moja... Tuliłem ją mocno, czekając na wyrok, który miała mi ogłosić. Nie liczyło się już nic innego, tylko to, by była bezpieczna, cała i zdrowa. Jak mogłem być takim debilem, by zostawić ją samą chociaż na minutę? Dlaczego stałem się taki ślepy i całkowicie bezmyślny?!
Jestem potworem i skrzywdziłam nas wszystkich — krzyknęła, wyrywając się z moich objęć i szarpiąc za spód sukienki. — Widzisz to? Jestem brudna! Nie dotykaj mnie więcej, bo później będziesz się brzydził własnych dłoni!
Laura, powiedz mi co się stało, bo oszaleję! — wydarłem się, całkowicie zdezorientowany. Nie wiedziałem już o czym mówiła, a wyglądała na kogoś w głębokim szoku. Tak bardzo się bałem, że ktoś zrobiono jej coś złego...
Płakała głośno, ale nie mogła złożyć słów w zdanie, jąkając się tylko i łapiąc spazmatyczny oddech. Jakaś siła w tym, co powiedziała wcześniej, powstrzymywała mnie od zbliżenia się do niej po raz kolejny. Wyglądała jak osaczone zwierzę, prawie jak sarna, która widzi w oddali światła samochodu i nie wie co zrobić, by ten w nią nie uderzył.
Nie wiń Richarda, to wszystko moja wina — tyle tylko miała mi do powiedzenia, ale było to wystarczająco dużo, bym poczuł się jak rażony gromem z jasnego nieba.
Co? — spytałem głupio, choć przecież zamajaczyła mi w głowie przerażająca wizja tego, co mogło się wiązać z Richardem.
Widziałem ją, jednak patrzyłem ślepo. Załamała dłonie.
Zrobiłam to z nim — szepnęła, a ja nagle ujrzałem przed oczami szkarłatną mgłę, równie czerwoną jak ta przeklęta krew na jej udach. Nie... nie, nie!
Nieprawda — stwierdziłem cicho, jakby sam siebie przekonując. — Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz...
Przespałam się z Richardem! — zawyła okrutnie i wtedy dopiero to do mnie dotarło, niszcząc od środka niczym tornado. — Widziałam cię z Petrą i... i... to się stało... tak po prostu.
Świat przed moimi oczami legł w gruzach, dosłownie — sufit zawalił się, przygniatając mnie ciężarem tak wielkim, że moje ciało nie potrafiło go dźwignąć. Zgiąłem się wpół, czując w środku niesamowity ból. Zacisnąłem zęby i pięści, czekając aż minie. Nie mogłem na nią patrzeć, choć przecież słyszałem jak płakała. Daremnie... bo nic już nie było w stanie mnie poruszyć, nawet jej wielkie łzy.
Richard — to imię brzmiało obco i smakowało goryczą na moim języku. Co on zrobił? Co ona powiedziała? Spali ze sobą? Widziała mnie z Petrą? Wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia i miałem ochotę wyrzygać się prosto na dywan, bo dławił mnie własny język.
Richard? Ten Richard? Wyprostowałem się i jeszcze raz omiotłem wzrokiem jej wymiętą sukienkę i całe ciało. Miała rację, brzydziłem się. Cholernie się brzydziłem moją dziewczyną, która dała mu się przelecieć tak łatwo... Dotykał jej, a nie powinien. Miał ją, a ja nie. To było tak groteskowe i niepoważne, że aż śmieszne... i śmiałbym się, gdyby nie cisnące mi się do oczu łzy wściekłości.
Nienawidzę cię — wyplułem z siebie, a moje słowa przecięły gęstą atmosferę niczym sztylety i były jak najbardziej szczere. — Jak mogłaś? Nienawidzę cię!
Tym razem nie próbowała mnie zatrzymać, gdy wypadłem na zewnątrz i w oparach białej gorączki udałem się tam, gdzie do wyrównania miałem pewne rachunki.