LAURA
*******
— Stało
się coś, o czym nie wiem? — naciskała Sabine, schylając się
nade mną już po raz dziesiąty i zadając mi to samo pytanie, a ja
wciąż byłam w zbyt wielkim szoku, by odpowiedzieć.
Uderzyłam
go... Podniosłam rękę na człowieka, którego kochałam całym
sercem i zdzieliłam go w twarz, sprawiając mu ból — nie tyle
fizyczny, co duchowy. Był przecież facetem, ucierpiał jego honor.
Nie
dziwiłam się więc, gdy ujrzałam go w towarzystwie kolegów,
którzy stali w pobliżu prowizorycznego baru, ochoczo z niego
korzystając. Obejmowałam wzrokiem jego sylwetkę, patrzyłam czule
i z pokorą. Chciałam, żeby mi wybaczył... Nie zwracał na mnie
uwagi i trzymał się z dala także od Wanka, który wciąż
dotrzymywał towarzystwa Sabine.
Usiadłam
w tym samym fotelu, co wcześniej i z ulgą zauważyłam, że mój
aparat nadal tam był. Sabine przysiadła na oparciu i wpatrywała
się we mnie z uporem, a Wank stał przy jej boku. Zagapiłam się w
tłum, ale nie widziałam nikogo — ludzie byli dla mnie jedynie
rozmytą plamą barw i głosów.
—
Ogłuchłaś?
Podniosłam
na nią zmęczony wzrok. Nie wiem co zobaczyła, ale widocznie
dotarło do niej, że moja ignorancja miała swój powód. Chciałam
coś powiedzieć, bardzo chciałam, ale słowa nie były w tamtym
momencie moją mocną stroną. Bałam się, że głos mógłby mnie
zawieść, a wtedy... no cóż, przyznałabym się do tego okropnego
czynu, jakiego się dopuściłam.
—
Walniesz go ty, czy ja mam to
zrobić? — usłyszałam poirytowany głos mojej przyjaciółki i
tym razem nie kierowała pytania do mnie, lecz do Wanka.
Odzyskałam
ostrość widzenia i szybko spojrzałam w stronę, w którą patrzyli
i oni. Moj Boże, mogłam się tego spodziewać... Zdusiłam szloch,
gdy Petra podeszła do grupki, w której był Andreas i przyłączyła
się do dyskusji. Błyszczała między nimi niczym prawdziwy diament,
a oni nie wyglądali na niezadowolonych czy speszonych... Co więcej,
śmiali się głośno z jej słów, których ja nie mogłam
dosłyszeć, bo całą moją uwagę przyciągał Andreas.
Nie
uśmiechał się, ale też i nie krzywił. Patrzył na nią
obojętnie, choć miał to dziwne spojrzenie, którego tak nie
lubiłam. Kołnierzyk rozluźnił mu się pod szyją, a zarumienione
policzki wskazywały na to, że wypił już wystarczającą ilość
tego, czego nie powinien.
—
Boli mnie głowa — zmyśliłam,
nagle podnosząc się z miejsca i jak na zawołanie zachwiałam się, bo
naprawdę straciłam równowagę.
Widziałam ich, gdy wychodzili. Wszyscy — koledzy, Petra, a za nimi także i Andreas. Potrzebowałam spokoju, samotności... Musiałam się jakoś ogarnąć.
—
Odprowadzę ją do pokoju i
przypilnuję, żeby trafiła bezpiecznie do swojego łóżka —
Sabine rzuciła Wankowi te słowa z naciskiem, jakby spodziewała
się, że Andreas tylko czekał na okazję, żeby mnie zniewolić i
wykorzystać. Jakże naiwna była... przecież on już dawno to
zrobił, choć tylko z moim sercem.
Opiekowała
się mną niczym matka, gdy ściągałam buty i kładłam się na
posłaniu, nie przykrywając kołdrą. Było mi zbyt gorąco, trawiła
mnie gorączka zazdrości, bo gdzieś tam Andreas był sobie, tak po
prostu, beze mnie.
—
Zdrzemnij się — poleciła
mi, wychodząc i gasząc światło.
Moja
głowa została opanowana przez helikoptery — tysiące małych,
brzęczących śmigieł obracało się pod czaszką sprawiając, że
poczułam mdłości. Musiałam się podnieść, bo inaczej
upokorzyłabym samą siebie, wymiotując na poduszki.
Zrobiło
mi się bardzo smutno i całą duszę ogarnął żal — to była
tęsknota za moim Andreasem. Wszystko poszło nie tak! Dlaczego
byliśmy tacy głupi i porywczy? Nie znałam go od takiej strony, ale
czy byłam od niego lepsza?
Szybko
wsunęłam stopy w niewygodne szpilki i aż zacisnęłam zęby w
reakcji na przeszywający ból — musiałam mieć potworne odciski,
ale wolałam nie schylać się, by je obejrzeć. Lepiej nie drażnić
żołądka, gdy protestuje.
Porzuciłam buty i na bosaka wymknęłam
się z pokoju, rozglądając się przy tym na boki. Sabine sobie
poszła, i dobrze. Dość miałam matkowania i słuchania jej
przestróg — czułam się dorosła w jakiś dziwny, pokrętny
sposób.
Szłam
powoli — nie sądziłam, że alkohol mógł tak bardzo wpłynąć
na moją koordynację ruchową. Stopy stawiałam ostrożnie,
podtrzymując się ściany i brnęłam naprzód, choć w ciemnym
korytarzu nie było to łatwe.
Miałam
mocne postanowienie i chciałam go dotrzymać — przeprosić
Andreasa, przyznać się do winy i obiecać, że zapomnę mu to małe
kłamstwo oraz to, że ignorował mnie przez resztę wieczoru, jakbym
nic dla niego nie znaczyła.
Ściana
pod moimi palcami była zimna i gładka, a moje piekące policzki
domagały się, bym przyłożyła do niej twarz chociaż na chwilę.
Ciało żądało natychmiastowej ulgi i ochłodzenia. Czułam włosy
przyklejające mi się do szyi i czoła oraz małe kropelki potu nad
górną wargą. Byłam rozgrzana jak piec!
Coś
nie dawało mi spokoju — uczucie, które zmuszało mnie, bym szła
dalej i odszukała Andreasa. Cała aż domagałam się jego obecności
i nawet najmniejszego kontaktu. Albo nie... pragnęłam bliskości, i
to całkowitej. To był ten czas i te okoliczności. Cichy głos w
mojej głowie mówił, że najlepszym sposobem na odwrócenie jego
uwagi od Petry będzie skupienie jej na czymś innym, a równie dla
niego atrakcyjnym.
Zatrzymałam
się przy dużym lustrze, które zdobiło całą długość jednej ze
ścian. Przesunęłam wzrokiem po swojej sylwetce, niewyraźnej ze
względu na panujące tam ciemności, ale dla mnie wystarczająco
widocznej. Powiodłam dłonią po policzku, szyi, ramieniu...
Przeszedł mnie dreszcz, jakby uczynił to on, a nie ja sama.
Przymknęłam powieki, wyobrażając sobie, że stał za mną,
pieszcząc i przyciągając do siebie, by mi pokazać jak bardzo mnie
chciał...
Gęsia
skórka obsypała moje przedramiona i natychmiast wyrwałam się z
objęć wizji, ruszając przed siebie, by jak najszybciej ją
zrealizować. Andi... oj Andi, gdzie jesteś? Dlaczego zostawiłeś
mnie samą? Przecież ja bez ciebie jestem niczym... ot, zwykłym
wątłym ciałem puszczonym w ruch i błąkającym się między
innymi bez celu. Andreasie!
Gdzieś
w głębi korytarza odezwał się jakiś stłumiony głos, a może
tak mi się tylko wydawało. Przestrzeń wirowała mi przed oczami,
wnętrzności palił ogień tak potężny, że miałam wrażenie
jakby moje ciało świeciło na czerwono, pulsując miarowo w rytm
szybko bijącego serca.
Ruszyłam
w tamtym kierunku i gdybym wtedy wiedziała... Mój Boże, gdybym
tylko wiedziała... ominęłabym drzwi, których otwarcie miało
zrzucić zasłonę bezpieczeństwa z moich ślepo oddanych oczu...
Widziałam
je bardzo dokładnie, a w miarę tego, jak się zbliżałam,
zaczęłam też rozróżniać głosy i wiedziałam, że Andreas był
w tym pomieszczeniu. Słyszałam jak mówił do kogoś, unosząc się
złością...
Nie
słyszał, jak zaskrzypiała naciśnięta przeze mnie klamka... nie
mógł... co innego zajmowało wówczas jego myśli. Podniosłam
wzrok, czując się jak intruz i podążyłam spojrzeniem za
wylewającym się ze środka światłem. Nie wierzyłam własnym
oczom, a umysł — w reakcji na tak wielki szok — utwierdził mnie
w przekonaniu, że tak naprawdę, to wcale mnie tam nie było i nie
patrzyłam właśnie na Andreasa... z Petrą.
Mogłam
tylko otworzyć usta i w ciszy przyglądać się ich walce... bo tak
właśnie było. Jego mina była cierpiąca, nigdy go jeszcze takim
nie widziałam. Zaciskał zęby, a żyły na jego szyi nabrzmiały i
stały się widoczne. Patrzył jej prosto w oczy... z wyrzutem?
Skargą? Prośbą?
Nie
to jednak było najgorsze — moje serce rozpadło się na kawałki,
gdy zdałam sobie sprawę, że dotykała go w sposób, w jaki ja
chciałam, ale brakowało mi odwagi.
Być
może powinnam była zrobić coś, by jej przerwać... Krzyknąć,
trzasnąć drzwiami, zemdleć... Uczynić ruch, który dałby im
znak, że nie byli sami. Zawiadomić o moich biednych oczach, co
przez mgłę gromadzących się odruchowo łez obserwowały, jak jej
wypielęgnowana dłoń sunęła w górę jego uda, by w
akompaniamencie głośnych oddechów dotrzeć tam, gdzie moja nigdy
nie dotarła.
Nogi
poniosły mnie same. Chyba nawet niewiele myślałam, gdy wycofując
się wgłąb korytarza, zostawiłam ich, wciąż nieświadomych, że
ta potajemna schadzka stała się także i moim udziałem.
To
był szok, wielki szok i nic dziwnego, że udałam się tam, gdzie
nie powinnam, biorąc pod uwagę okoliczności i mój stan. Wciąż
jeszcze byłam wstawiona, nie myślałam więc logicznie. Napędzana
wielkim żalem i poczuciem pustki dotarłam wreszcie do pokoju
Richarda, akurat w momencie, gdy on sam pojawił się przy drzwiach.
Spojrzał
na mnie z zaskoczeniem, ale i uśmiechnął się delikatnie,
opierając dłoń na klamce. Widziałam w jego oczach to samo lekkie
zamroczenie, które on musiał widzieć i w moich — oboje wypiliśmy
tego wieczora zbyt wiele alkoholu.
—
Laura, co ty... — odezwał
się, ale nie dałam mu dokończyć.
Czy
byłam bardziej głupia, czy może zdesperowana w momencie, gdy
wspięłam się odrobinę na palcach, zarzucając mu ręce na ramiona
i wpijając w jego usta z głośnym, teatralnym westchnieniem?
Spiął
się cały w reakcji na tak niespodziewany gest z mojej strony i na
początku nawet nie odwzajemnił pocałunku, tylko stał biernie,
oddychając szybko. Zastanawiał się nad tym, co właśnie miało
miejsce? Pocałowała go dziewczyna kolegi z reprezentacji... To
chyba źle — musiał sobie myśleć. — Nie powinno mi się to
podobać. Nie mogę pozwolić jej na więcej.
Niestety...
to, co złe, kusi nas najbardziej.
***
Nie
wiem kto pierwszy wyszedł z inicjatywą wejścia do pokoju, ale już
po chwili całowaliśmy się jak szaleni, zmierzając w kierunku
ciemnego wnętrza. Słyszałam jak głośno trzasnęły drzwi —
panował tam chłód i lekki przeciąg, więc zapewne okno nie
zostało dobrze zamknięte. Moją skórę przeszywały ciarki i nie
wiedziałam czy było to spowodowane tym, co robiłam, czy właśnie
chłodem.
Chciałam
ukarać Andreasa... Byłam egoistyczną suką, dobrze o tym
wiedziałam, nawet w tamtym momencie. Po prostu kierowały mną
emocje! Tego było już za wiele — moje życie było jakimś
pokręconym pasmem nierealnych sytuacji i zdarzeń. Dopiero co
uwolniłam się na chwilę od demonów przeszłości w postaci snów
o mordującym mnie ojcu, którego nawet nie miałam prawa dobrze
pamiętać, a już pojawiły się nowe — niebieskookie, co
prześladowały mnie swoją miłością... najprawdopodobniej
całkowicie skończoną.
Poczułam
jak moje plecy zapadły się w materac i po chwili Richard położył
się tuż obok, nie przerywając kontaktu naszych ust. Zaciskałam
powieki, próbując oddalić od siebie głos rozsądku, który jęczał
i zawodził, uwięziony za kratami umysłu zniewolonego chęcią
zemsty i ulżenia własnej zranionej dumie.
Wiedziałam,
że moje postępowanie było karygodne i zupełnie do mnie
niepodobne... Oto co się ze mną stało! Oto co zrobiła ze mnie
miłość! Nie byłam lepsza od zwykłej ulicznicy, która sprzedaje
własne ciało za pieniądze — ja miałam zamiar zrobić tak
jedynie po to, by poczuć ulgę.
Nie
tylko ty jesteś zdolny do takich czynów, Andreasie...
Pozwoliłam
Richardowi na wszystko, co tylko chciał, a gdy nasze otumanione
resztkami alkoholu i tłumionymi żądzami ciała podążyły w
stronę nieuniknionego finału, nie sprzeciwiłam się.
Chciałam
się oddać Andreasowi odkąd go tylko poznałam. Taka już kobieca
natura, nie ma co ukrywać. Marzyłam o romantycznych chwilach i o
tym, że będzie dla mnie delikatny i czuły. Szkoda, że on wolał
szukać przyjemności gdzie indziej...
— Jesteś...
jesteś pewna? — wyjąkał podniecony Richard, opierając się na
przedramionach. — Chcesz tego?
Spojrzałam
na niego, a wtedy dotarło do mnie, że to właśnie się działo i
za chwilę nie mogło być już odwrotu. Szalał we mnie huragan
emocji i żadnej z nich nie mogłam nazwać, bo było ich zbyt wiele
naraz. Pragnienie zemsty było tak wielkie, że skinęłam głową,
przyciągając go bliżej, choć moja wewnętrzna bliźniaczka
załamywała dłonie nade mną i moim dalszym losem.
Bolało,
ale zagryzłam zęby. Nie tak to miało wyglądać... Nie tak to
sobie wyobrażałam podczas bezsennych nocy, gdy marzyłam o
Andreasie. Odwróciłam głowę w bok, wyłączając się całkowicie.
Richard nawet nie zauważył tej drętwoty i bierności, zbyt zajęty
był moim ciałem.
Pojedyncza
słona łza spłynęła po moim policzku, muskając kącik ust i
znikając we włosach tak szybko, jak w jednym momencie wyparowała
ze mnie cała niewinność...
Miałeś
być pierwszy i jedyny, ale nie będziesz...
ANDREAS
*******
W
którym momencie się opamiętałem? Nie wiem, za cholerę nie miałem
pojęcia co mną kierowało, gdy popędziłem korytarzem przed
siebie, zostawiając Laurę samą, choć tak rozpaczliwie za mną
wołała.
Piekł
mnie policzek, tak samo urażona godność, ale nie był to ból na
tyle silny, bym miał prawo czuć się wyjątkowo zraniony. Ale tak
właśnie się stało... Spoliczkowała mnie. Podniosła na mnie
rękę, a ja tylko jakimś głęboko skrywanym pokładem samokontroli
powstrzymałem się od uderzenia jej z siłą, która na pewno
zostawiłaby ślady na jej delikatnej skórze.
Co
się z nami stało? Co się stało ze mną? Nie byłem brutalem,
wcześniej nawet muchy bym nie skrzywdził, ale to, co ostatnio
działo się w moim życiu, obudziło we mnie coś podobnego do
dzikiego zwierzęcia. Miałem ochotę zdać się na instynkty, które
powoli brały we mnie górę.
Wróciłem
na bankiet, wcześniej chłodząc rozgrzaną skórę pod strumieniem
lodowatej wody. Potrzebowałem otrzeźwienia, bym mógł logicznie
myśleć, choć wcale tego nie chciałem. Kierowała mną zraniona
męska duma i pragnąłem zrobić Laurze na złość...
Nie
wiem kiedy pojawiła się na sali, ale w momencie, gdy ją
zauważyłem, miałem już porządnie nagrzane pod sufitem, i to nie
po raz pierwszy tego wieczora. Ignorowałem ją, choć doskonale
widziałem, że wypatrywała za mną oczy, a ich błagalny wyraz
powodował bolesne skurcze mojego serca.
Odciąłem
się całkowicie od niej, Sabine i nawet Wanka. Usiłowałem
traktować ich jak wrogów, wspólników spisku, który zawiązali
przeciwko mnie z powodu Petry, choć to była kompletna bzdura.
Doskonale zdawałem sobie sprawę, że to wszystko było tylko i
wyłącznie moją winą...
Nie
wiem jak to się stało, ale chyba urwał mi się film. Byłem
przytomny, choć nie myślałem wcale. Świadomość powróciła mi
dopiero, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że znajdowałem się w
bliżej nieznanym pokoju... z kobietą. Nie była Laurą, co
przyjąłem z niemałym smutkiem, bo wcześniej miałem nadzieję, że
ona pierwsza wyciągnie dłoń na zgodę.
Gdy
dotarło do mnie, że obmacujące mnie ręce należą do Petry,
szarpnąłem się gwałtownie, ale ona nie należała do słabowitych
kobiet — miała siłę, by zatrzymać mnie w miejscu i spojrzeć mi
prosto w oczy.
— Gdzie
twoja dziewczynka? — spytała ironicznie, podkreślając ostatnie
słowo niczym obelgę, jakby nie mogła wreszcie zaakceptować faktu,
że byłem z Laurą na poważnie.
— Całe
szczęście, z dala od ciebie — prychnąłem, znów napierając na
nią, by się uwolnić. — Chcę wyjść.
Nic
z tego. Osaczyła mnie i ściskała jak jakaś ośmiornica. Nie
wiedziałem do czego ta cała sytuacja miała prowadzić, ale na
pewno nie miałem zamiaru dać jej tego, co chciała! Byłem zły i
podrażniony zajściem z Laurą, choć nie na tyle, żeby dać się
wciągnąć drugi raz do tej samej rzeki...
— Nie,
wcale nie chcesz wyjść. Tylko sam siebie okłamujesz. Dała ci
kosza, co? — jej słowa smagały mnie niczym bicz. — Zasłużyłeś
sobie. Nieładnie to uwodzić taką płotkę, a marzyć o prawdziwie
królewskim łososiu.
Ta
kobieta zwariowała! Jeszcze te rybne porównania... Byłem ciekaw co
brała i który z naszych chłopaków udostępnił jej jakieś
prochy. Lubiła takie atrakcje... sam kiedyś spróbowałem trochę
pod jej wpływem i szybko wyrzuciłem tamte chwile ze świadomości,
nieodmiennie wstydząc się własnej słabości.
— Jesteś
nienormalna i brzydzę się, gdy mnie dotykasz, więc lepiej poszukaj
sobie innego obiektu na tę noc i resztę parszywego życia — to
mówiąc, znów spróbowałem ją odepchnąć i prawie mi się udało,
choć dosłownie się do mnie przyczepiła.
Znieruchomiałem,
gdy naparła mocniej, podrażniając moje i tak napięte nerwy.
Pragnąłem Laury nieustannie już od wielu dni, nie znajdując
ukojenia, więc każdy najmniejszy dotyk doprowadzał mnie do szału.
— Wiedziałam,
że to cię przekona — wymruczała mi do ucha, wbijając paznokcie
w wewnętrzną część mojego uda. — Młodzi lubią takie
podchody, prawda?
Musiałem
zacisnąć zęby i zaprzeć się o coś, bo nagle moja silna wola
zaczęła słabnąć, a obraz twarzy Laury, który zawsze
przywoływałem przed oczy, bladł z każdą sekundą i centymetrem
pokonywanym przez sprawne palce tej cholernej kobiety!
Wydawało
mi się, że poczułem czyjąś obecność i wzrok, ale nie miałem w
tamtym momencie wystarczającej podzielności uwagi, więc
zignorowałem to przeczucie. Patrzyłem w te znienawidzone oczy i
dawałem jej do zrozumienia, że moja cierpliwość się
wyczerpywała. Groziła jej krzywda...
Powinna
była się wycofać i dać mi spokój, bo nie byłem już tym samym
chłopakiem, co rok wcześniej. Nie mogła mnie zaprogramować tak,
jak chciała. Należałem do innej i to tamtej chciałem się
podporządkować już na zawsze.
Odepchnąłem
ją od siebie, gdy tylko poczułem jak zacisnęła dłoń na moim
rozporku. Tego było za wiele, nawet dla kogoś tak nawalonego i
zdesperowanego, jak ja. Nie chciałem jej, nieważne jak bardzo
chętna by była...
— Zostaw
mnie w spokoju! — ryknąłem i jak najszybciej wybiegłem na
korytarz, nie dając jej możliwości posiadania ostatniego słowa.
Mijałem
poszczególne drzwi i wszystkie wyglądały dla mnie tak samo.
Błąkałem się po korytarzu, nie wiedząc co ze sobą począć —
z jednej strony chciałem odszukać Laurę, paść przed nią na
kolana i błagać, by mnie przyjęła, zapominając o wszystkim moich
błędach, a z drugiej miałem ochotę wsiąść do samochodu i
pędzić autostradą z zawrotną prędkością, krzycząc głośno i
manifestując swoją złość.
Otrzeźwiałem
już zupełnie, więc wracał też zdrowy rozsądek i normalne
myślenie. Ruszyłem w poszukiwaniu mojej dziewczyny, choć jakiś
dziwny ucisk w brzuchu dawał mi znak, że jednak mogło być już za
późno i Laura poszła spać.
— Chrzanię
to — mruknąłem sam do siebie, wchodząc po raz kolejny na salę
bankietową.
Sabine
zauważyłem od razu, a wiadomo, że tuż przy niej musiał się
kręcić Wank. Brakowało trzeciego elementu, który wcześniej przy
nich tkwił. Podnieśli głowy, gdy się zbliżyłem. Nie mieli dla
mnie uśmiechu, ani nawet słów przywitania.
— Gdzie
Laura? — spytałem, wbijając wzrok w oczy Sabine, żeby nie
umknęło mi żadne kłamstwo.
Wzruszyła
ramionami, unosząc brwi.
— Teraz
dopiero przypomniałeś sobie o jej istnieniu? Gdzie byłeś
wcześniej, ty książę od siedmiu boleści? — naskoczyła na
mnie, a Wank tylko jej przytaknął.
— Mieliśmy
małą sprzeczkę — bąknąłem, szukając dla siebie
usprawiedliwienia. — Przecież była z wami...
— Tak!
Ale teraz jej nie ma, bo nie mogła już patrzeć na twoją
ignorancję i odprowadziłam ją do łóżka. Jesteś skończonym
idiotą i bardzo się na tobie zawiodłam, Andreasie. Przecież
wiesz, że Laura jest inna... Ja wiem, że tobie zdradziła o wiele
więcej, niż mi. Miałeś ją szanować tak, jak obiecałeś!
Nie
znalazłem wystarczających słów, by jej odpowiedzieć, więc tylko
spojrzałem błagalnie, czując się jak kompletny drań. Miała
rację... Laura była inna. Tak skrzywdzona przez los, a ja nie
zrobiłem nic, by ją wesprzeć. Nic!
Chyba
słyszałem głos Wanka, ale nie zwolniłem kroku i tym razem
porzuciłem bankiet już ostatecznie, udając się do pokoju. Nie
miałem odwagi budzić Laury, nie chciałem kalać jej ciała moimi
brudnymi łapskami. Postanowiłem, że przeproszę ją z samego rana,
jak już się wyśpi.
Jakie
było moje zdziwienie, gdy otwierając drzwi, zauważyłem włączone
światło. Podniosłem wzrok, a wtedy moim oczom ukazał się widok,
który miałem zapamiętać do końca życia — Laura siedziała na
moim łóżku, bosa i w bardzo wymiętej sukience. Pod oczami
rozmazał jej się tusz i była blada jak śmierć!
— Przepraszam
— zawyła jak zranione zwierzę i rozpłakała się, wstając na
równe nogi. — Zabij mnie, albo sama to zrobię!
Nie
wiedziałem na co patrzę... Opuszczałem i podnosiłem wzrok,
próbując znaleźć w jej twarzy jakieś wytłumaczenie, odpowiedz
na to, dlaczego... miała uda całe we krwi.
— Co...
co... — powtarzałem tylko, zbliżając się wolno i obserwując ją
z przerażeniem. To niemożliwe, żeby ktoś zrobił jej krzywdę...
nie, nawet nie mogłem o czymś takim myśleć. Zgniótłbym faceta
gołymi rękami!
Spała
sobie, miała zły sen, a ta krew to pewnie... Oby tak było. Obym
nie musiał pozbawiać kogoś życia i iść za kratki w tak młodym
wieku. Oby...
— Ja
nie chciałam... byłam pijana, taka pijana... Wybacz mi!
Nie
rozumiałem niczego. Chwyciłem ją w ramiona i czułem jak drżała.
Krztusiła się łzami, wczepiając palce w moją koszulę, jakbym
był jedynym stałym punktem w całym pomieszczeniu. Jej żal był
tak wymowny, że prawie doprowadziła mnie tym do płaczu —
wiedziałem już, że stało się coś strasznego.
— Błagam,
nie mów mi, że ktoś cię skrzywdził — te słowa ledwo przeszły
mi przez gardło, bo oczami wyobraźni zabijałem już bezimiennego
mężczyznę na milion różnych sposobów.
Moja
Laura, moja... Tuliłem ją mocno, czekając na wyrok, który miała
mi ogłosić. Nie liczyło się już nic innego, tylko to, by była
bezpieczna, cała i zdrowa. Jak mogłem być takim debilem, by
zostawić ją samą chociaż na minutę? Dlaczego stałem się taki
ślepy i całkowicie bezmyślny?!
— Jestem
potworem i skrzywdziłam nas wszystkich — krzyknęła, wyrywając
się z moich objęć i szarpiąc za spód sukienki. — Widzisz to?
Jestem brudna! Nie dotykaj mnie więcej, bo później będziesz się
brzydził własnych dłoni!
— Laura,
powiedz mi co się stało, bo oszaleję! — wydarłem się,
całkowicie zdezorientowany. Nie wiedziałem już o czym mówiła, a
wyglądała na kogoś w głębokim szoku. Tak bardzo się bałem, że
ktoś zrobiono jej coś złego...
Płakała
głośno, ale nie mogła złożyć słów w zdanie, jąkając się
tylko i łapiąc spazmatyczny oddech. Jakaś siła w tym, co
powiedziała wcześniej, powstrzymywała mnie od zbliżenia się do
niej po raz kolejny. Wyglądała jak osaczone zwierzę, prawie jak
sarna, która widzi w oddali światła samochodu i nie wie co zrobić,
by ten w nią nie uderzył.
— Nie
wiń Richarda, to wszystko moja wina — tyle tylko miała mi do
powiedzenia, ale było to wystarczająco dużo, bym poczuł się jak
rażony gromem z jasnego nieba.
— Co?
— spytałem głupio, choć przecież zamajaczyła mi w głowie
przerażająca wizja tego, co mogło się wiązać z Richardem.
Widziałem
ją, jednak patrzyłem ślepo. Załamała dłonie.
— Zrobiłam
to z nim — szepnęła, a ja nagle ujrzałem przed oczami szkarłatną
mgłę, równie czerwoną jak ta przeklęta krew na jej udach. Nie... nie, nie!
— Nieprawda
— stwierdziłem cicho, jakby sam siebie przekonując. — Kłamiesz. Wiem, że kłamiesz...
— Przespałam
się z Richardem! — zawyła okrutnie i wtedy dopiero to do mnie
dotarło, niszcząc od środka niczym tornado. — Widziałam
cię z Petrą i... i... to się stało... tak po prostu.
Świat
przed moimi oczami legł w gruzach, dosłownie — sufit zawalił
się, przygniatając mnie ciężarem tak wielkim, że moje ciało nie
potrafiło go dźwignąć. Zgiąłem się wpół, czując w środku
niesamowity ból. Zacisnąłem zęby i pięści, czekając aż minie.
Nie mogłem na nią patrzeć, choć przecież słyszałem jak
płakała. Daremnie... bo nic już nie było w stanie mnie poruszyć,
nawet jej wielkie łzy.
Richard
— to imię brzmiało obco i smakowało goryczą na moim języku. Co
on zrobił? Co ona powiedziała? Spali ze sobą? Widziała mnie z
Petrą? Wstrząsnął mną dreszcz obrzydzenia i miałem ochotę
wyrzygać się prosto na dywan, bo dławił mnie własny język.
Richard?
Ten Richard? Wyprostowałem się i jeszcze raz omiotłem wzrokiem jej
wymiętą sukienkę i całe ciało. Miała rację, brzydziłem się.
Cholernie się brzydziłem moją dziewczyną, która dała mu się
przelecieć tak łatwo... Dotykał jej, a nie powinien. Miał ją, a
ja nie. To było tak groteskowe i niepoważne, że aż śmieszne... i
śmiałbym się, gdyby nie cisnące mi się do oczu łzy wściekłości.
— Nienawidzę
cię — wyplułem z siebie, a moje słowa przecięły gęstą
atmosferę niczym sztylety i były jak najbardziej szczere. — Jak
mogłaś? Nienawidzę cię!
Tym
razem nie próbowała mnie zatrzymać, gdy wypadłem na zewnątrz i w
oparach białej gorączki udałem się tam, gdzie do wyrównania
miałem pewne rachunki.